Przez ten czas mojej nieobecności w Sieci sporo wydarzeń zaszło, o których myślałem, że dobrze byłoby je opisać. Z perspektywy miesięcy aura większości z nich przygasła i nie umiem ich nawet sobie przypomnieć, poza jednym, a mianowicie serią wyborów. Wprawdzie pamiętam, że PT Internauci kiedyś oprotestowali nurzanie tego dziennika w politykę, a i ja, choćby z racji pracy w radiowej Trójce, nie rwę się do przesadnej otwartości w tej materii (dziennikarz powinien być obserwatorem polityki, a nie mówcą wiecowym), ale jednak temat wydaje mi się ważny i tak całkiem powstrzymać się nie umiem.     Więc powiem tylko tak: jedynie w czerwcu 1989 roku, podczas pierwszych wyborów, w których brałem udział, zdarzyło mi się znaleźć w elektoracie zwycięzców. Od tamtej pory odkrywałem, że jestem w mniejszości – odkrywałem zresztą z niemałym zdziwieniem, bo strasznie trudno przyjąć do wiadomości, że oczywiste dla mnie idee i wartości nie tylko nie są oczywiste dla bliźnich, ale wręcz budzą wśród nich dezaprobatę czy zgoła żywą niechęć. Tak było i tym razem. Wszelako histeria, jakiej przejawy zaczęli zdradzać entuzjaści partii, na którą głosowałem, jak i entuzjaści PiSu („co to będzie, jak wygrają ci drudzy! Groza!”), wydawała mi się idiotyczna. Również teraz żywiołowa niechęć, jaką wielu moich znajomych wyraża wobec prezydenta Kaczyńskiego oraz rządu Marcinkiewicza, znajduje we mnie, że tak to oględnie nazwę, bardzo niewielki odzew. Zwłaszcza, że nie pamiętam, żeby z równą częstotliwością przeklinali innych dostojników, którzy mieli okazję w minionym piętnastoleciu stać na czele państwa… Żeby było jasne (bo digitalny szlag trafił również moje zapisy dziennikowe sprzed miesięcy, których przecież nie zacznę teraz przelewać de novo z twardego dysku do Sieci, więc wypada mi to i owo przypomnieć): nie podobało mi się zakazywanie Parady Równości, moja życzliwe rozumienie nie ogarnia ze spektrum polityki nic, co by znajdowało się na prawo od centroprawicy (a i to nie bez wysiłku), zaś flirty z Andrzejem L. uważam za kompromitujące. W kwestii radia Maryja odkryłem niedawno zgodność swoich poglądów z poglądami księdza Prymasa, co było dla mnie nawet pewnego rodzaju zaskoczeniem. I tak dalej. Nie będąc jednak miłośnikiem idei, pod których sztandarami szli do wyborów ich zwycięzcy, nie traktowałbym ich – przynajmniej na razie – jak diabłów wcielonych. Krótko mówiąc: obecnym władzom przyglądam się z rezerwą, ale bez zacietrzewienia. Choć wyczytana dziś w „GW” informacja, jakoby Jarosław Kaczyński opowiedział się za istnieniem cenzury obyczajowej, nieco mnie zmroziła. Pytanie, jak to brzmiało w kontekście, bo „Gazecie” zdarzają się, jak wiadomo, informacje nieścisłe (Mój Boże, chyba talent dyplomaty się we mnie budzi, tak to wszystko subtelnie nazywam?!).     Koniec z polityką, mam nadzieję, że na czas dłuższy. Ale tej histerii znajomych, którzy bredzą o tym, że się stąd zabierają (jakby naprawdę zamierzali wyemigrować i jakby wcześniej nie było powodów do… niepokoju) musiałem dać odpór.     Tymczasem wracam powoli do książki, którą mam latem oddać. Spodziewam się, że nie później niż za dwa tygodnie praca ruszy z kopyta. Może to i dobrze – taką mam nadzieję – że gotowy tekst przeleżał się czas dłuższy: przeczytałem go kilka dni temu nie bez zdziwienia, że tak się ta moja radiowo-nadmorska historia ułożyła. Teraz właściwie należałoby po prostu elegancko pokończyć rozpoczęte wątki. Tak „po prostu” to się nie da, bo rzecz jest rozwichrowana, jak (mam nadzieję) wielowątkowy sen, czy raczej pół-sen, w którym zwidy mieszają się z jawą. Oby to się komuś spodobało – czytając rozmaite recenzje w ostatnich miesiącach, a zwłaszcza dyskusję w „Tygodniku Powszechnym” o literaturze w Polsce, łapałem się nieraz na poczuciu kompletnej alienacji. Kiedy w latach 90. uprawiałem krytykę literacką, grało się drużyną, zresztą z pożytkiem dla ludzi także mniej utalentowanych, niż Świetlicki, Podsiadło, Tokarczuk czy Stasiuk; teraz jakaś drużyna też chyba jest, tylko że ja do niej nie należę. No ale bycie poza też ma swoje dobre strony, nie ma co narzekać.     No i jak co roku uświadamiam sobie, że po Gwiazdce i Sylwestrze zima nie ma dla mnie racji bytu. I już prawie bym zapytał, kiedy się skończy, gdyby nie rzut oka w kalendarz: przecież dopiero się zaczęła…

 

Udostępnij


O mnie



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Premium WordPress Themes