Napisała do mnie MW przypominając, że na koniec Klubu Trójki, w którym rozmawiałem o twórczości Kieślowskiego, napomknąłem, że może na stronie internetowej wyjaśnię – czego nie zdążyłem zrobić podczas audycji – dlaczego tak lubię jego film pt. „Niebieski”. Rzeczywiście jest tak, że do tego filmu mam stosunek szczególny. Ta szczególność polega nie tylko na tym, że rzadko kinu zawdzięczam tak głębokie przeżycie, ale także na tym, że rozumiem (jak mi się wydaje), dlaczego wielu ludzi „Niebieski” zniechęcił, dlaczego twierdzą, że występują tam manieryczne symbole, że to intelektualna, abstrakcyjna igraszka formalna bez związków z prawdziwym życiem, cokolwiek „prawdziwe życie” miałoby oznaczać.     „Niebieski”, jak wiadomo, jest początkowym utworem trylogii „Trzy kolory”. Wraz z pozostałymi układa się w kolory flagi francuskiej, a kolejne części mają za zadanie – powiada się – sprawdzić, co właściwie oznaczają dziś pojęcia, znane z hasła Rewolucji Francuskiej, a więc: wolność, równość i braterstwo. W tym porządku „Niebieski” miałby opowiadać o wolności. No i tę wolność reprezentują niby: patetyczna muzyka Zbigniewa Preisnera, błękitne światło, w którym unurzane są zdjęcia, a wszystko dziwnie ponure, rozgrywające się w cieniu tragedii osobistej – bohaterka traci w wypadku drogowym męża i córeczkę.     Otóż wydaje mi się – nie! jestem o tym głęboko przekonany – że wolność w „Niebieskim” rozumiana jest radykalnie, znacznie poza zakresem tego, co z tym słowem zazwyczaj kojarzymy. Na co dzień, choćbyśmy mówili o sobie, żeśmy wolni, uzależniają nas od świata rozmaite relacje. Jednych ludzi kochamy, innych nie lubimy, a może nawet nienawidzimy. Jesteśmy członkami społeczności, które czegoś od nas oczekują, wymagają, przynależność do nich obwarowują rozmaitymi warunkami. Zależy nam, żeby te warunki spełniać. Pełnimy rozmaite role w życiu, które nas również pętają, ograniczają możliwe nasze posunięcia. Ostatecznie jesteśmy także niewolnikami rozmaitych naszych zachceń. Pragniemy być tym lub owym, z tymi lub innymi ludźmi, w takiej a nie innej grupie, pragniemy osiągnąć takie a nie inne cele, zrealizować marzenia. Rządzi nami „układ nagrody”, tak to chyba nazywa neuropsychologia.     Jest jednak pewien stan, w którym działanie „układu nagrody” zostaje sparaliżowane. W którym niczego nie chcemy, do niczego nie dążymy. Ten stan to depresja. Wszystko, co nas otacza, widzimy wtedy równomiernie, w jednakowym stopniu nas nie pociąga. Naraz człowiek odkrywa, że nie ma żadnego powodu, aby się o cokolwiek starać. Wszystkie nitki, które nas, jak marionetkę, poruszały do tej pory, zostają przecięte. Świat odarty z poczucia przyjemności i przykrości widzimy nagle naprawdę „obiektywnie”: bezinteresownie, bez zaangażowania, z zewnątrz. Ze straszliwego, nieludzkiego zewnątrz – dodajmy. Zmysły gasną powoli: tracimy zdolność do odróżniania temperatur (ciało przenika jednostajny chłód), smaków, dźwięków, wreszcie kolorów. Powiada się, że świat człowieka pogrążonego w depresji robi się szary. Ale może raczej, zważywszy skojarzenie z chłodem, robi się niebieski, blue – jak wiadomo, w języku angielskim to słowo oznacza także smutek.     I właśnie depresji, depresji reaktywnej (używając terminu z podręcznika psychiatrii) poddana zostaje bohaterka „Niebieskiego”. I ten dziwny świat, który widać na ekranie, gdzie łyżeczka od kawy jest równie ważna, jak szklany żyrandol, jak twarz sąsiadki i woda w basenie – to znaczy równie nieważna jak to wszystko – ten świat, w którym zaledwie w procesie uzdrowienia pojawiają się jakieś barwy, to nagle coś znów zaniebieszcza pole widzenia, ten świat nie jest żadnym manierycznym symbolem. To precyzyjny zapis tego, co się wówczas dzieje z człowiekiem i jego otoczeniem. Chcecie wolności naprawdę, proszę bardzo, oto warunki wolności absolutnej. Niechcianej i nieludzkiej. Bohaterka z trudem wydobywa się z tego. Żadnej łatwej aprobaty świata: to, że się cierpi, przemija, ale to, że się cierpiało, nie przemija nigdy. Stąd ambiwalentne zakończenie, niby konsolacja, ale podszyta płaczem.     Opowiadano mi, że podobno Kieślowski w jakimś sensie zmarł na depresję. Że jego kwaśna ocena filmu jako dziedziny sztuki, niechęć do przeprowadzenia potrzebnej mu operacji, przedwczesne wycofanie się z reżyserii – to wszystko były przejawy działania „demona acedii” – bo tak się depresja nazywała, zanim zabrali się za nią psychiatrzy. Wiem, że powtarzam plotki, przepraszam. To dla mnie nowe wiadomości, potwierdzające, że się nie mylę, odnajdując w „Niebieskim” wyjątkowo szczery, osobisty ton. Kogo nigdy demon acedii nie doświadczył (choćby w skromny sposób), nie ma szans odczytać „Niebieskiego”. To zabrzmi okropnie w naszej demokratycznej epoce, ale okazuje się, że nie wszystko jest dla wszystkich. „Niebieski” stanowi niezwykle poruszające świadectwo, rodzaj porozumienia ponad głowami szczęśliwców, którzy z depresją i melancholią mieli do czynienia tyle, że raz czy drugi dopadła ich chandra w jesienny wieczór. Znak dla wtajemniczonych. Paradoksalna otucha: „znam to, bardzo dobrze znam”, znam i obrazuję, a obrazem zabijam demona, jak bazyliszka lustrem. I patos muzyczny jest uzasadniony – bo chodzi o rzecz zupełnie podstawową, wybór między życiem i śmiercią. Melancholik (pisała Julia Kristeva) podważa nie tyle sens własnego życia, ale sens życia w ogóle, dlatego przekonanie go, że jednak warto się starać, jest terapią nie dla niego samego, ale dla nas wszystkich, dla każdego z nas.

Udostępnij


O mnie



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Premium WordPress Themes