Od stycznia zacząłem widywać na FB spisy książek, które internauci przeczytali w minionym roku. Spodobało mi się: człowiek jest istotą naśladowczą i chwalenie się bliźnim, ile się przeczytało, jest być może jakąś formą terapii wobec tej katastrofy intelektualnej, którą przeżywamy (moim zdaniem mała liczba przeczytanych książek przekłada się na… wszystko inne). Nawet zapaliłem się, żeby samemu zacząć notować, co przeczytałem i za 12 miesięcy się pochwalić. Ale w końcu machnąłem ręką, a teraz już wszystkich lektur z minionego miesiąca nie odtworzę.

Miałbym z tym zresztą dodatkowy kłopot. Po pierwsze, od dzieciństwa przepadam za czytaniem książek po raz drugi (trzeci, czwarty i tak dalej…). Czytane ponownie wliczać do puli, czy nie (np. „Trucicielkę” Petera Robinsona)? Po drugie, zdarza mi się czytać zawodowo. Żeby było trudniej, to czytanie zawodowe sprawia mi niekiedy przyjemność. Np. po książkę „Zegarmistrz światła. Tadeusz Woźniak w rozmowie z Witoldem Górką” sięgnąłem dlatego, że miałem prowadzić spotkanie, ale przecież i tak bym ją przeczytał, bo intrygują mnie muzycy z epoki, o której opowiadałem w audycji Trójkowy Wehikuł Czasu, a wywiad-rzeka z Tomaszem Jaśkiewiczem tegoż Witka Górki był świetny. Albo „Zwierzoczłekoupiór” Konwickiego – wróciłem do tej powieści, bo sam ją zadałem studentom na SWPS. Więc czuję, że to jakiś specjalny rodzaj lektury. A przecież sprawia frajdę – nie jest to czytanie podręcznika do egzaminu.

Jak to się często u mnie zdarza, na stoliczku od kilku tygodni rosła sterta rzeczy, czekających, aż wyślę swoją nową powieść do wydawnictwa i będę mógł się nimi zająć. Zacząłem – niezgodnie z chronologią narastania – od „Zmiłuj się nad nami” Andrzeja Nowaka-Arczewskiego (sprawozdanie z tej lektury będzie lada moment na Laboratorium „Więzi”; już jest TUTAJ). A potem przyszedł moment na „Londyn 1967” Piotra Szaroty.

Cóż to za książka! Wprawdzie speszył mnie niezwykle poważny wstęp Wojciecha Burszty, którego lubię i, jeśli pamiętam, fakt, że ów wstęp napisał, przekonał mnie ostatecznie do zakupu; ale na tle reszty ten wstęp wydaje mi się teraz zwyczajnie zbyt „sieriozny”, w dodatku podpisany pełnym tytułem naukowym autora, jakby ktoś (wydawca?) chciał na dzień dobry zaszachować czytelnika. Jednak potem zaczyna się pasjonująca gawęda o niezwykłych wydarzeniach, które zbiegły się w 1967 roku w stolicy Wielkiej Brytanii. Antonioni kręci „Powiększenie”. Na koncerty przyjeżdża Jimmy Hendrix. Beatlesi wydali „Sierżanta Pieprza”. Mary Quant szyje minispódniczki. Antypsychiatrię wymyśla Ronald Laing. Kolejną książkę wydaje Stefan Themerson. Anais Nin odkrywa wspólnotę z entuzjastami rewolucji seksualnej (w wieku jej wnuków). John Lennon romansuje z Yoko Ono, manifestacje wojenne wspiera sędziwy Bertrand Russell, Tom Stoppard pokazuje na scenie sztukę „Rosencrantz i Guildenstern nie żyją”, toczy się proces Marianne Faithfull i Micka Jaggera o posiadanie narkotyków, zakończony absurdalnie surowym wyrokiem (wkrótce uchylonym) i tak dalej, i tak dalej…

Rzecz podzielona jest na rozdziały-miesiące owego niezwykłego roku, co należy traktować umownie, bo gawęda obejmuje a to wcześniejsze, a to późniejsze epizody, Szarota cofa się aż do czasów wojny, potem zapowiada przyszłość, i w ogóle jest narratorem niesubordynowanym. Ale przez to, kiedy już rozpoznać konwencję (mnie to zajęło kilkanaście stron), zaczyna się rozkosz słuchania kogoś, kto Londyn i epokę kontrkultury kocha – choć niebezkrytycznie – i wiedza o tym wszystkim wprost wylewa się z niego, oszałamiając odbiorcę.

Przypomina się dziwne wrażenie, które odbiera się niekiedy, przeglądając daty ważnych wydarzeń z dziejów kultury: że talenty i natchnienie nie są w dziejach rozłożone równomiernie, ale jakby w wyniku jakiejś pozaziemskiej transmisji napływają falami. Ateny, piąty wiek przed naszą erą (Sokrates, Sofokles, Fidiasz, Perykles i tak dalej). Włochy, czternasty wiek (Dante, Giotto, Petrarca, Bocaccio etc.). Przełom XVIII i XIX wieku, tym razem trudno o wskazanie jednego miasta, bo fala zalewa całą Europę… Nie mówię, że wielkich osobowości kiedy indziej zabrakło; chodzi jednak o ich nagromadzenie. Więc właśnie: również późne lata sześćdziesiąte i Londyn. Zresztą, nie tylko Londyn. W ogóle tamta końcówka dekady wydaje się z dzisiejszej perspektywy jakby momentem jakiegoś przesilenia. Coś kipiało, choć ostatecznie nie wykipiało i cofnęło się. Przegrało. Może do dzisiaj żyjemy w warunkach, stworzonych przez tamto (fascynujące) niepowodzenie…

Udostępnij


O mnie



  • Socjologicznie to chyba da się prosto wytłumaczyć. Wszystkie te ‚boomy artystyczne’ miały miejsce w najbogatszych miastach świata, w okresach boomu demograficznego i rozluźnionej kontroli społecznej. Co nie może trwać za długo.

  • @Faryzeusz
    Przeciw Pańskiemu wyjaśnieniu bym tak bardzo nie protestował, poza drobnym zastrzeżeniem, że mianowicie nie jest tak, że wszystkie bogate miasta świata w okresach demograficznych boomów i rozluźnionej kontroli wydawały tę samą liczbę wybitnych artystów. Innymi słowy: moim zdaniem podaje Pan okoliczność (być może) konieczną, ale nie wystarczającą. Mówiąc nawiasem, nawet nie do końca jestem pewien, czy konieczną, zważywszy jeden kontrprzykład, który przyszedł mi teraz do głowy (co prawda o znaczeniu regionalnym). Otóż u schyłku XIX wieku to Lwów był – jak na warunki polskie – miastem względnie bogatym i o stosunkowo liberalnych obyczajach. A wysyp młodopolskich artystów i narodziny cyganerii nastąpiły w bardzo wtedy ubogim i bardzo konserwatywnym obyczajowo Krakowie…
    Pozdrowienia –
    JS

  • Frapująco brzmią ostatnie zdania felietonu. „Coś kipiało”, ale nie wykipiało i przegrało. Czego efektów mamy doświadczać do dzisiaj. Chętnie poczytałbym rozwinięcie tej interpretacji.

  • Jakby wykipiało, to by się ludzie poparzyli.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Premium WordPress Themes