Nie widziałem „Klątwy”, więc się nie wypowiadam (zdaję sobie sprawę, że to dziś ekstrawagancka postawa), natomiast widziałem film „Pokot” w reżyserii Agnieszki Holland.

Do kina szedłem, mówiąc prawdę, z duszą na ramieniu. Jakkolwiek nie ma we mnie zgody na polowania i na traktowanie zwierząt jak rzeczy (choć mięso, uczciwie mówiąc, jadam), to nie da się ukryć, że w powieści „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, w zemście za los zwierząt zabija się LUDZI, a my, czytelnicy, jesteśmy tak prowadzeni, żeby osobie dokonującej zemsty sprzyjać. Ratuje tę historię pewna dawka czarnego humoru i oczywista autoironia, oraz fakt, że w chwili odkrycia owej osoby zostajemy z miną dość głupawą: skoro jej motywacje zdążyłeś zaakceptować to co, też byś myśliwemu łeb rozbił? Oto dobra tradycja literatury zmuszającej do myślenia, prowokującej, by porzucić poczucie, że wszystko toczy się jak należy na tym najlepszym ze światów. Tylko że – bardzo szanując reżyserkę filmu – na podstawie jej dotychczasowego dorobku i dwóch (bodajże) rozmów w radiu wyobraziłem ją sobie jako człowieka dość zasadniczego i poważnego. Dlatego obawiałem się, że jeśli z fabuły powieści Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych” zdejmie się tę warstwę autoironiczną, komediową, to naprawdę może wyjść z tego coś niepokojąco bliskiego manifestowi eko-terroryzmu. A Olgę Tokarczuk lubię ogromnie nie tylko jako pisarza, ale i jako człowieka – i co ja zrobię, myślałem sobie, jeśli spełnią się moje niepokoje?

Na szczęście – nic z tych rzeczy. Po pierwsze, z powieści zachowano niejeden żart (łącznie z moim ulubionym, o tzw. „autyzmie testosteronowym” – rzecz ciekawa, na pokazie premierowym poza mną roześmiały się w tym momencie chyba same kobiety?). A poza tym film jest tak zrobiony, że osoba odpowiedzialna za zabójstwa budzi nasze współczucie i zrozumienie, ale przecież nie podziw. Słyszymy dialogi, w których inni bezwiednie ją do nich popychają, pojmujemy, dlaczego stało się, co się stało – a przecież nie mamy wątpliwości, że taka reakcja nie jest żadnym wyjściem. Gdyż zemsta jest zawsze toksyczna (także dla mściciela), a wobec sumy zła na świecie – przeciwskuteczna.

Już po obecnych w internecie trailerach widać, co w czasie projekcji się potwierdziło: ten film jest niebywale urodziwy, Kotlinę Kłodzką widać w całej jej niesłychanej urodzie. Jeżdżąc tam co jakiś czas (kiedyś bardzo często, ostatnio rzadziej, ale jednak), w czasie oglądania „Pokotu” miałem wrażenie, że znowu widzę tę magię, na którą zdarza mi się patrzeć własnymi oczami.

Wspaniałe są kreacje aktorów: nie tylko tych pierwszoplanowych, drugoplanowych, ale nawet epizodycznych (prześliczna scena z listonoszem! – w tej roli Sebastian Pawlak). Znakomita Agnieszka Mandat, niezawodny Jakub Gierszał, charyzmatyczna Patricia Volny, ciepły Wiktor Zborowski, zaskakujący Miroslav Krobot, sugestywnie nieszczęśliwa Katarzyna Herman… Jeśli już miałbym wskazywać momenty słabsze, to że ludzie zabijający zwierzęta pokazani są w gruncie rzeczy dość jednowymiarowo – ale za to w filmie chyba mocniej, niż w powieści, wybrzmiewa nie tyle krytyka mięsożerności, ile teza, że świat, w którym żyjemy, doszedł w gruncie rzeczy do ściany. Że coś się musi zmienić (w nas i wokół nas), albo naprawdę za chwilę z naszej rzeczywistości nie będzie co zbierać. Nie ze względu na klęski żywiołowe czy czyjąś jednostkową głupotę albo złą wolę (vide: aktualne pustoszenie Polski z drzew); ta rzeczywistość zawali się pod ciężarem zła i okrucieństwa, które toleruje już zbyt długo. Choć uniknięcia katastrofy nie sposób sobie wyobrazić.

Gdyż – no właśnie, w powieści autorka dokonuje subtelnej manipulacji, o którą pretensji nie zgłaszam, bo „kryminał zemsty” ma swoje prawa, ale jednak ją odnotowuję. Mianowicie występują tam przede wszystkim, o ile nie wyłącznie, zwierzęta roślinożerne, jak sarny czy dziki (no dobrze, są też lisy i psy, ale hodowane przez człowieka i nie widzimy, czym się one żywią). W rezultacie rysuje się nieprawdziwy obraz, że przyroda sama w sobie to raj, tylko niestety ten jeden drapieżca homo sapiens żywi się ciałami innych istot. Tymczasem cała przyroda oparta jest, co wiemy od Darwina, na straszliwych, jeśli się nad tym zastanowić, mechanizmach walki o byt, wypełniają ją łańcuchy pokarmowe… I oczywiście, jak postulują wegetarianie, nie jest oczywiste, że musimy w tym uczestniczyć, niemniej ich wyobraźnia także zatrzymuje się w pewnej chwili. Czy to, że żyjemy, nie jest oparte na systemie immunologicznym organizmu, który zabija inne istoty żywe (co z tego, że rzadko widoczne gołym okiem)? A co z owadami? I to nie tylko z komarami, gzami i innymi przykrymi gryzącymi braćmi mniejszymi; przecież wystarczy przejść przez łąkę, żeby mieć na sumieniu (i na butach) niejednego robaczka, łącznie z sympatycznymi skądinąd świerszczami, jeśli nie skakały zbyt szybko. Podobnie rozpalając ognisko, żeby na nim upiec nie przerażającą kaszankę, lecz nawet ziemniaki, skazujemy na śmierć w ogniu jakieś korniki czy inne zgniotki.

W filmie mówi o tym (tak jak w książce, ale na ekranie brzmi to mocniej) entomolog, a jego brawurowy wywód brzmi jak coś w rodzaju autoparodii, wskazującej powyższe ograniczenia. Gdyż świat jest straszliwy, ale za tę grozę nie tylko człowiek odpowiada. I nawet jeśli decyduje się ją ujrzeć, to i tak ją sobie dawkuje (na przykład nie zajmując się już losem owadów). Ta scena to jeden z tych momentów, które sprawiają, że nie mamy do czynienia z prostacką publicystyką. Otwiera się jeszcze jeden wymiar. Podobnie zresztą jak scena, w której Matoga (Zborowski) opowiada o losie swojej matki, pół-Niemki. Komedia miesza się z tragedią, żyjemy w rzeczywistości, na którą każda właściwie reakcja wywołuje niepokojące echo: tak, ale… A kiedy rysuje nam się wizja bezkonfliktowego świata, już po kilku sekundach rozumiemy, że to piękny sen, z którego trzeba będzie się obudzić.

Cezary Gmyz zatwitował z Berlina tak, jak to tylko on potrafi: że „Pokot” to film pogański, antychrześcijański i jeszcze jakiś. Byłbym rozczarowany, gdyby napisał coś mądrzejszego. Tak, ksiądz nie jest tu postacią sympatyczną, ale bywają tacy księża, a zresztą chrześcijaństwo to wiara w Boga i Jego Syna, nie w Jego personel. Natomiast upominanie się o to, żeby nie wzmagać cierpienia na tym świecie, a już na pewno, żeby cierpieniem i śmiercią się NIE BAWIĆ (myśliwi!) stanowi istotę wielu światopoglądów, zarówno religijnych, jak niereligijnych – i wyłączanie z tego kręgu współczucia chrześcijan nie ma ani podstaw, ani sensu. Może co najwyżej oznaczać, że chrześcijaństwo jako wezwanie spoza świata miesza nam się z kulturą chrześcijan (ludzi, z ich historycznymi, a też moralnymi ograniczeniami), lub/i że zaczynamy traktować wiarę w Chrystusa jak ideologię, z której przegnano wrażliwość, bo tej nie da się ująć w schemat prostych pytań i jeszcze prostszych odpowiedzi.

(źródło: http://ruda_parafianin.republika.pl/swi/f/fra0.htm)

Udostępnij


O mnie



  • Przepraszam, ale ja będę prostacki w swoim wywodzie (to zdanie jest podyktowane przeczytanym materiałem).
    Jest to oczywiście kwestią światopoglądu, jednakże ze słów, które Pan napisał wynika często powtarzana ostatnio prawda, że ludzie są coraz gorsi, zło się panoszy jak nigdy przedtem i wszystko zmierza ku zagładzie.

    W mojej ocenie, być może niesłusznej, i w moim oglądzie świata, uważam że takie stawianie sprawy jest kokieteryjne. Jako ludzie chcielibyśmy być lepsi i tylko w ten sposób moderujemy postrzeganie tego czym tak naprawdę jesteśmy, a jesteśmy niczym więcej jak tylko zwierzętami.
    Lubię pomimo tego do czego nawołuje niejedno środowisko (czy to wyznaniowe, czy jakakolwiek inne), myśleć o człowieku jak o jednak bezwolnej jednostce, która działa tak jak została zaprogramowana i chociaż ta jednostka ma złudzenie wolności, wolną nie jest.
    Każda nasza czynność jest podyktowana instynktem, nawet to że chcemy dążyć do wolności. Jeżeli mamy wrażenie okrucieństwa, to jest to tylko wrażenie tych jednostek, które w danym momencie okrutne nie są. W mojej ocenie zawsze istnieje procent, który ma być okrutny i ten który okrutnym nie jest. Procent, który pracuje, procent, który myśli i procent który walczy – zupełnie tak jak w innych zbiorowościach, np. owadzich.

    P.S. To, że istnieje ryzyko doprowadzenia ziemi do zagłady przez taki gatunek jak nasz, oczywiście istnieje, ale nie uważam też żeby ta planeta była jedyną zamieszkałą we wszechświecie i nie uważam, żeby do takich zagład wcześniej i później nie dochodziło, gdzieś tam.
    Odnośnie samej zagłady, lubię też myśleć że człowiek jako zbiorowość jest rakiem toczącym Ziemię, która jako żywiciel może tego nie przeżyć. Oczywiście nie jest to jedyny scenariusz, który może się zdarzyć. Mam tylko nadzieję, że jeszcze mnie przynajmniej czasu na Ziemi starczy i zakończę życie w mniej spektakularnym momencie.

    P.S.2 Co do kwestii zemsty, kiedyś też tak myślałem, ale obecnie wydaje mi się (choć na szczęście nie miałem okazji tego sprawdzać), że choć destruktywna, sama w sobie jest potrzebna i daje ukojenie.

    P.S.3 Przepraszam jeżeli za bardzo odbiegam od samego filmu, ale Pana tekst właśnie taki komentarz u mnie wywołał, na co zbyt wielkiego wpływu niestety nie miałem.

    Pozdrawiam

  • @Gniewosz
    Szanowny Panie,
    rzeczywiście z Pana ciekawego komentarza wynika, że spotykają się tu (w postaci Pana i mnie) rozmaite światopoglądy, o tych zaś trudno dyskutować, bo prędzej czy później dochodzi się do aksjomatów – których prawdziwości, jak wiadomo, dowieść się nie da, można ją jedynie założyć; ewentualnie można pokazać ich następstwa, co spróbuję zrobić:
    1. Pisze Pan: „jesteśmy niczym więcej jak tylko zwierzętami”. Zanim rozwinie Pan tę myśl, od razu w tym miejscu dzwonią mi dzwonki alarmowe. Nie tyle nawet dlatego, że w klasycznym eksperymencie myślowym, jeśli prowadząc samochód mam do wyboru przejechać psa albo człowieka, to jednak wybieram psa – to akurat od biedy można tłumaczyć solidarnością gatunkową. Raczej dlatego, że zwierzęta, cokolwiek o nich nie mówić, nie dorobiły się kultury, czyli specyficznego systemu znaków, obyczajów, umiejętności, które, mówiąc nawiasem, tak silnie się z nami zrosły, że człowiek pozbawiony kultury (tzn. nie tylko pozbawiony ubrania, ognia i tak dalej, ale wszelkich umiejętności poza instynktownymi) nie przeżyłby tygodnia nie tylko w dżungli, ale prawdopodobnie nawet w Puszczy Kampinoskiej. Gdyby zgodził się Pan na zdanie: jesteśmy zwierzętami OBDARZONYMI KULTURĄ, to mielibyśmy jakiś punkt wspólny, bo ja zwierzęcej natury w człowieku nie kwestionuję.
    2. Dalej rozwija Pan tę myśl o zwierzęcości człowieka tak, że „każda nasza czynność jest podyktowana instynktem” i działamy tak, jak zostaliśmy zaprogramowani. Tymczasem koncepcja radykalnego determinizmu jest intelektualnie ułomna, bo np. wynika z niej, że nie ma sensu nasza (ani żadna inna) wymiana zdań, gdyż siła argumentów nie ma znaczenia – działa tylko siła instynktu. W dodatku i tak jakoby musimy tę wymianę zdań prowadzić (choć nie słyszałem o instynkcie dyskutowania). Wpada się tu w klasyczne błędne koło, właściwe dla determinizmu, który jest „teorią niewywrotną” (tzn. nie pozwalającą się sfalsyfikować): powiada się mianowicie, że każdy zachowuje się tak, jak z góry musiał się zachować, a jeśli zdaje mu się inaczej, to dlatego, że z góry musiało mu się tak zdawać. Przy okazji: jeśli choć raz w życiu zastanawiał się Pan, co wypada Panu uczynić, już wyłączył Pan siebie spod działania determinizmu (determiniści zazwyczaj tak właśnie czynią).
    3. Determinizm przy okazji likwiduje możliwość ustanowienia etyki, tudzież prawa. Sam Pan pośrednio to przyznaje, pisząc, że Pańskim zdaniem okrucieństwo to jedynie „wrażenie tych jednostek, które w danym momencie okrutne nie są”. Czyli zaprasza mnie Pan do świata, w którym nie ma podstaw, by karać zbrodniarzy, ani by podziwiać ludzi szlachetnych. Przepraszam, ale nie skorzystam: widzę różnicę między Januszem Korczakiem a oprawcami z Auschwitz i nie sposób sprowadzić jej do działania „instynktu”.
    4. Unieważnianie lęku przed zagładą ludzkości tym, że na innych planetach istnieje (BYĆ MOŻE) życie, jest dziwacznym wybiegiem, gdyż nie potrzeba kosmitów, by tak myśleć; w końcu podobno i karaluchy mają szansę przeżyć wojnę jądrową. Co do mnie, „lubię myśleć” (że Pana zacytuję), iż istnieje sposób na ocalenie świata, w którym ktoś doceniłby Bacha (karaluchy raczej nie).
    5. Teza, że zemsta „sama w sobie jest potrzebna i daje ukojenie” nie znajduje potwierdzenia w żadnych znanych mi tekstach, zarówno literackich, jak historycznych czy psychologicznych. Zemsta, ba, samo pragnienie zemsty to doświadczenie destrukcyjne, ponieważ – i tu wracamy do naszej zasadniczej kontrowersji – czyni nas NIEWOLNIKAMI przeszłości. Zrozumiałem to dość późno, ale chyba zrozumiałem: mój prześladowca tak długo ma nade mną władzę, jak długo na jego wspomnienie nie umiem powstrzymać uczucia nienawiści.
    6. Zdziwiłem się wszelako, znajdując w Pana wpisie sugestię, że jakoby według mnie „ludzie są coraz gorsi, zło się panoszy jak nigdy przedtem i wszystko zmierza ku zagładzie”, co jest kokieteryjnym stawianiem sprawy. Otóż nie napisałem, że ludzie są coraz gorsi, a tylko że w ostatnich kilkudziesięciu latach zbudowaliśmy na naszym kontynencie świat, który zakładał tolerowanie zła. I to nie potwora-gendera, rozpusty gejów, bezbożnego ateizmu itd. (to cytaty), lecz, wprost przeciwnie, nie reagowaliśmy dość stanowczo na postawy antyliberalne, ksenofobiczne i tak dalej. Nie chcąc pryncypialnie ich zwalczać, zadowalaliśmy się przemilczeniem, lekceważeniem, ironią (ludzie, nie rozumiejący ironii, nazywają ją pogardą, choć to co innego). Wojny toczyły się „gdzieś daleko” – nawet, jeśli na Bałkanach. Antysemickie napisy na murach polskich miast zdawały się dziełem jakichś niczego nie rozumiejących dzieci albo stanowiących margines maniaków. Okrucieństwo w traktowaniu zwierząt było wypierane przez nas ze świadomości, ewentualnie tłumaczone „naturalnym”, „niewydziwionym” stosunkiem do zwierząt. To była strategia przymykania oczu – co mówię smutny i sam pełen winy. Chcieliśmy być tolerancyjni nawet dla wrogów tolerancji, tudzież dla ludzi bez wyobraźni traktujących przyrodę. No i teraz wszystko to, co wypieraliśmy z obrazu społeczeństw(a), nagle wezbrało. I doprawdy nie wiadomo, co z tym zrobić.
    Mimo różnicy zdań, pozdrawiam –
    JS

  • „Pokotu” jeszcze nie widziałem, wybieram się, książkę Olgi Tokarczuk czytałem i niezwykle mi odpowiada, także ze względu na moje poglądy (mięsa nie jadam). Ale ja w innej sprawie. Przed chwilą przeczytałem w GW, że we wtorki będzie Pan w Teatrze Starym w Lublinie prowadził spotkania, dyskusje, coś na kształt dawnego Klubu Trójki na deskach teatru. Czy to prawda? Jeśli tak, to jest świetna dla mnie informacja, bo mieszkam w Lublinie i choć akurat w najbliższy wtorek obowiązki służbowe zmuszają mnie do wyjazdu do Poznania, to z pewnością w kolejne wtorki zamelduję się na Starym Mieście 🙂

  • @ Krzysztof Jot
    Dokładniej mówiąc: będę prowadził spotkania w Lublinie raz w miesiącu (ale to prawda, że we wtorki). Na początek 28 lutego, potem 28 marca,18 kwietnia… Dalsze daty też są wyznaczone, ale na razie nie róbmy tak dalekich planów 🙂
    Pozdrowienia –
    JS

  • http://wyborcza.pl/AkcjeSpecjalne/7,155762,21413680,to-przez-niego-nie-kupilem-samochodu-wyznania-radiosluchacza.html

    Instynkt dyskutowania moim zdaniem jak najbardziej istnieje, a nawet może być prekursorem instynktu myślenia, który też występuje, chociaż mniej powszechnie.

  • W tej samej gazecie w ostatnich dniach ukazał się tekst dotyczący byłej już prezes Polskiego Radia. Pojawiła się w nim m.in. informacja, że pani ta miała być niezadowolona z prawnika rozgłośni i miała dawać temu wyraz w sposób daleki od przyjętych norm. Według autora (autorki) artykułu prezeskę wyprowadził z równowagi sposób radzenia sobie prawnika ze sprawą sądową z Panem, chodzi zapewne o kwestię zwolnienia Pana z Trójki.Czy może Pan napisać, na jakim etapie jest ta sprawa? Oczywiście o ile pański głos w tym momencie nie zaszkodzi wynikowi postępowania. Pozdrawiam serdecznie!

  • Zdaje się, że dla ekologów w typie Holland czy Tokarczuk jedynym żywym stworzeniem nie zasługującym na ochronę jest ludzki płód…

  • Jerzy, małe sprostowanie. Na premierze filmu po kwestii o „autyzmie testosteronowym” zaśmiały się nie tylko kobiety i Ty; ale na pewno także ja i siedzący obok mnie Wojciech Marczewski. A co do księdza w filmie: on jest nie tyle niesympatyczny, co straszliwie niedouczony teologicznie. Od tych heretyckich banialuk, które mówi do głównej bohaterki podczas tzw. kolędy, aż głowa boli. I ta jego „niedouczoność” połączona jest z jego pychą. A pycha wiadomo…. . I to jest moja wątpliwość: czy dzisiaj jakikolwiek ksiądz, nawet najgłupszy, tak interpretuje słowa o czynieniu sobie ziemi poddaną? Może jest to tylko wyobrażenie pisarki i reżyserki? A poza tym film świetny.

  • @ Krzysztof Jot
    Pisze Pan: „Według autora (autorki) artykułu prezeskę wyprowadził z równowagi sposób radzenia sobie prawnika ze sprawą sądową z Panem, chodzi zapewne o kwestię zwolnienia Pana z Trójki.Czy może Pan napisać, na jakim etapie jest ta sprawa?”
    Cóż, w styczniu odbyła się jedna rozprawa, następna w lipcu. „Wolno mielą młyny Boże” (to powiedzenie, zdaje się, odnosiło się kiedyś do tempa prac kurii rzymskiej…).
    Pozdrowienia –
    JS

  • @Jerzy Sosnowski

    Szanowny Panie,
    Na wstępie zaznaczę, że jestem świadomy Pańskiej erudycji i to może stać na drodze zbliżenia stanowisk. Może zostać również wykorzystane jako argument do odrzucenia moich przemyśleń, niemniej jednak napiszę jeszcze kilka słów odpowiedzi.
    Dodam jeszcze, tytułem komentarza, że nie lubię czerni i bieli, a posługiwanie się definicjami narzuca właśnie taką formę prowadzenia dyskusji, co znacząco może ograniczyć poziomy szarości, które staram się przedstawić.

    W odpowiedzi:

    Ad.1 Oczywiście, zgadzam się na zdanie: jesteśmy zwierzętami OBDARZONYMI KULTURĄ. A co do wyboru pies, czy człowiek, to moim zdaniem, zdecydowanie solidarność gatunkowa decyduje o naszym „wyborze”. Czy fakt bycia zwierzęciem posiadającym dodatkowy przymiot w postaci kultury w jakikolwiek sposób zmniejsza lub zwiększa naszą winę, za to, co robimy, żeby się rozwijać?
    Przecież każdy gatunek dąży do poprawienia swojej sytuacji i — co już udowodniono — z czasem w wyniku ewolucji dopracowuje swoje metody, uzyskując atrybuty charakteryzujące właśnie człowieka. Oczywiście nie wszystkim gatunkom to się udaje, akurat na Ziemi tylko nam jak na razie to się udało, ale z ogromnym prawdopodobieństwem przyjmuję, że taka sytuacja ma miejsce również we wszechświecie i nie jest odosobnionym przypadkiem, który zdarzył się na naszej planecie.

    Ad.2 No tak to zdecydowanie trudniejszy problem, ale jeżeli spojrzymy z odleglejszej perspektywy, coraz bardziej przekonuję się do tego, że dyskusje, argumentacja jest po prostu wysublimowaną formą działania instynktu. Wyższym jego poziomem, niezbędnym, by możliwy był dalszy rozwój jednostek zwierzęcych obdarzonych kulturą. To, że jednostka się uczy i zmienia swoje poglądy w niczym nie przeszkadza. W dalszym ciągu możemy powiedzieć, że to instynkt pcha ją ku danej zmianie. Chodzi przecież o rozwój całego gatunku, a nie tylko i wyłącznie danej jednostki. Może to prowadzić do błędów i wypaczeń, jednak jako zbiorowość instynkt kieruje nas ku dalszemu rozwojowi, sprawia, że uczymy się na własnych błędach — to wcale nie przeczy definicji instynktu. Jako gatunek, nie jesteśmy w stanie tego zatrzymać. Gdyby tak było, czy nie należałoby uznać, że już jest wystarczająco dobrze i teraz wystarczy tylko zmniejszyć ludzką populację, stworzyć raj dla ograniczonej grupy i po prostu żyć? Wtedy miejsca wystarczy dla wszystkich, po co nam więcej? Oczywiście wiem, że to utopijne założenie rodzące całą masę dalszych pytań, ale w czasach rozwoju genetyki i innych eksperymentów zapewne można byłoby do tego doprowadzić, tłumiąc pewne instynkty, które stoją na przeszkodzie tej utopii.
    To co wypada mi uczynić, a czego nie wypada to również bardziej wysublimowana forma działania instynktu, który pozwala mi zważyć, jaką drogę powinienem obrać dla ogólnego lub mojego dobra. Nie potrafię dokonać wyboru sprzecznego z samym sobą, ponieważ nie pozwala mi na to instynkt (w ramach którego ukształtowało się moje id, ego i superego). To, że inna jednostka dokonuje innego wyboru, niczemu nie przeszkadza, ma po prostu wrodzone inne atrybuty.

    Ad.3 Z definicji determinizm może i likwiduje możliwość ustanowienia etyki, ale nie skupiałbym się na nim samym. Zapraszam oczywiście do świata, w którym dążymy do dobra, jednak nie unikniemy sytuacji, w których mechanizm ewolucyjny wykreuje jednostki, które wybiorą drogę zła. Napiszę tak: Zło jest potrzebne, aby możliwy był rozwój gatunku. I od razu odpowiem — nie, nie podoba mi się to założenie, ale tak właśnie czuję. Ewolucja jest zbiorem eksperymentów i prób, które w sprzyjających okolicznościach powodują, że robimy krok naprzód. Dobro jednostki nie ma w tym momencie znaczenia, liczy się dobro gatunku.

    Ad.4 Ta dyskusja przyjmuje zdecydowanie zbyt szeroki krąg. Zakładając, że dojdzie do ograniczonego kataklizmu i życie na Ziemi się w jakimś stopniu zachowa, zakładam, iż z pewnością znajdzie się ktoś, kto doceni Bacha — statystycznie można tak przyjąć, jeżeli przetrwa odpowiednio duża zbiorowość.

    Ad.5 Po Pana wpisie myślałem na temat potrzeby zemsty i doszedłem do wniosku, że to faktycznie archaiczne instynktowne zachowanie, które ma odstraszyć potencjalnego oprawcę przed czynieniem zła. Forma, która przed istnieniem prawa, zapewniała porządek. Nic dziwnego, że ma współcześnie pejoratywny wydźwięk, ponieważ wypracowano lepsze, bardziej „świadome” metody.

    Ad.6 Nie uważam, aby przez ostatnich kilkadziesiąt lat doszło do szczególnej tolerancji dla zła na naszym kontynencie. Wg. mnie jest ono niezależne od naszego przyzwolenia, jego natężenie się zwiększa i zmniejsza w miarę ewolucji gatunku i na jego potrzeby (o czym wspominałem). Nie jest ono naszą winą, a postawa heroiczna jest w mojej ocenie (prywatnej) jak najbardziej cnotą i też jest związana z ewolucją. Osobiście potrzebuję heroizmu dla akceptacji samego siebie i aby odreagować zło zarówno własne, jak i świata.

    Mimo różnicy zdań bardzo dziękuję i pozdrawiam

    GK

  • Dobry wieczór!
    Trudno się nie zgodzić z pańskimi obserwacjami. Moje tylko skrótowo.
    Dla mnie to film o naszej ponurej prowincjonalnej rzeczywistości. Prymitywna rozrywka możnych sprzed 1939 roku przetrwała do naszych czasów pod usprawiedliwieniem ochrony gatunkowej, dbania o dobrostan itp. Mało to takich miejsc w Polsce, takich miasteczek, gdzie miejscowy biznesmen (najczęściej szemrany), lokalny partyjny notabel, komendant policji z błogosławieństwem księdza proboszcza urządzają takie polowania. Stać ich na zorganizowanie polowania, opłacenie naganiaczy. Czy w takim towarzystwie może być coś niezgodnego z prawem? Osobiście znam 2 takie miejsca w Polsce.
    Co jeszcze zwróciło moją uwagę i mam wrażenie dobitnie wybrzmiewa, to kościelny chór dziecięcy śpiewający „Pojedziemy na łów” Wobec powyższego, w tym środowisku jest naturalna potrzeba, by byli następcy. Bo te śpiewające dzieci za lat kilkanaście będą robiły to samo. Już są z tym oswajane, a powierzenie szkoły w opiekę świętemu Hubertowi ma dowodzić, że od strony Bożej też jest wszystko jak trzeba.
    Nie znam opinii Cezarego Gmyza. Czy film jest pogański i antyreligijny? Pani Holland chciała chyba zwrócić uwagę na ten problem jedną sceną. Sroka, która zanosi błyskotkę na wieżę kościoła od której powstaje pożar w którym ginie ksiądz. Bóg który z zaświatów nie ratuje przed żywiołem miejsca poświęconego i własnego urzędnika.
    Co do ról. Bardzo dobra rola Tomasza Kota (jednego na najbardziej pozytywnych bohaterów filmu), i wreszcie, od dłuższego czasu bardzo dobra rola filmowa Wiktora Zborowskiego. Film generalnie ok. Berlińska nagroda chyba zasłużona.
    Pozdrawiam

  • Dzień dobry! Fajnie Pan napisał, mam tylko jedną uwagę:
    Filmu jeszcze nie oglądałem, książkę czytałem, i zastanawiam się nad słowami (w książce jak i u Pana) o autyźmie testosteronowym. W jaki sposób to jest żart? Zwłaszcza, że jak Pan napisał, wiadomo jak jest prowadzona bohaterka. Jeżeli to ma być śmieszne, że nie wiem, „mężczyźni się cofają w rozwoju w pewnym wieku”, to gdzie to jest śmieszne, w którym fragmencie może to być śmieszne dla osoby, którą dotknęła tragedia autyzmu w rodzinie?
    Pozdrawiam!

  • @ Błażej
    Szanowny Panie, tłumaczenie żartu to oczywiście zadanie niewykonalne – albo coś nas śmieszy, albo nie. Ale w Pana wpisie zasadnicze jest pytanie drugie i na nie chętnie odpowiadam. Otóż: (1) akapit o autyzmie testosteronowym nie jest żartem z autyzmu (co byłoby nie do przyjęcia), tylko żartem z mężczyzn. (2) Tokarczuk jest psychologiem, więc oczywiście nie napisała tam, że „mężczyźni się cofają w rozwoju w pewnym wieku”, lecz np. że „Zaatakowany tą Dolegliwością Człowiek staje się milczący i wydaje się [!] pogrążony w rozmyślaniach. (…) Pociągają go druga wojna światowa i biografie znanych ludzi, najczęściej polityków i złoczyńców”. (3) Naturalnie ktoś, kogo w rodzinie dotknęła tragedia autyzmu, ma prawo nie czuć komizmu tego fragmentu; tak jak ktoś, kto niedawno pochował bliską osobę, raczej nie doceni tzw. czarnego humoru, a kogoś, kto się niedawno rozwiódł, raczej nie będę namawiał na obejrzenie przezabawnej komedii „Annie Hall”. Problem polega na tym, że komizm z natury rzeczy graniczy z tragizmem, jest obejrzeniem rzeczy nieraz dramatycznych od zaskakującej strony. W tej samej powieści jest bardzo śmieszny fragment o nielegalnych usługach dentystycznych, w wyniku których Duszejko początkowo sądziła, że miejscowa ludność ma jakiś gen, wywołujący zły zgryz – ktoś, kto nosi sztuczną szczękę niekoniecznie w tym miejscu się roześmieje. Nie zestawiam naturalnie powagi spraw, tylko pokazuję mechanizm. Obawa przed dotknięciem kogoś żartem musiałaby prędzej czy później doprowadzić do niezgody na komizm w ogóle – które to zdanie nie oznacza oczywiście zgody na żarty, które z założenia mają ranić. Ale to nie jest ten przypadek.
    Pozdrowienia – JS

  • Proszę wybaczyć tak późne wtrącenie, ale chciałbym jeszcze uzupełnić swoje wywody sprzed paru miesięcy. Dopiero teraz natknąłem się na spisane streszczenie mojego światopoglądu – a zatem wszystko to co chciałbym powiedzieć świetnie zilustrował Stanisław Lem w Golemie XIV, którego na szczęście na wcześniejszym etapie swojego życia nie poznałem – wcześniej rozbiłbym się, a raczej odbił sromotnie. Czy Pan czytał tę pozycję w ostatnim czasie? Jestem ciekaw jak filtruje Pan Golema, bo pamiętam rozmowę z Jackiem Dukajem, którą okraszał Pan chrześcijańskim spojrzeniem, które nijak mi nie pasuje do dzisiejszego stanu wiedzy.

    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Premium WordPress Themes