Porządkowanie mieszkania po rodzicu dostarcza wielu emocji: przydarza się i żal, i złość, i zdziwienie, czy niedowierzanie, i nawet śmiech czasem człowieka ogarnia. Bo odejście kogoś bliskiego, jakkolwiek okropne, jest właśnie aż tak okropne, że przełamuje granice, którymi oddzielamy od siebie rozmaite uczucia. A rzeczy, pozostałe po zmarłym, pozbawione komentarza, którego już nigdy nie usłyszymy, nieomal wszystkie jawią się nagle w oparach groteski.

              Wśród rozmaitych rzeczy, które znaleźliśmy z siostrą w mieszkaniu mamy, jeden obiekt mnie poruszył szczególnie, między innymi dlatego, że pamiętam okoliczności, w których powstał. A przy tym jest dla naszej mamy bardzo charakterystyczny.

              Było to tak: mama chciała towarzyszyć nam w naszych odkryciach kulturalnych. Kultura liczyła się dla niej ponad wszystko, było w tym coś na pograniczu bałwochwalstwa i snobizmu, wierzę, że pozytywnego. Mama była inżynierem, ale nie sądzę, żeby w innym okresie, niż polski stalinizm, poszła na politechnikę. Wtedy studia humanistyczne uchodziły za zatrute ideologią, w dodatku mama miała za sobą szkołę prowadzoną przez zakonnice, choć maturę robiła już w szkole świeckiej, bo tamta została rozwiązana. Więc studia techniczne stanowiły może nie tylko ucieczkę przed sprymitywizowaną, sowiecką lekcją marksizmu, ale też kryjówkę dla dziewczyny podejrzanej o klerykalizm. Niemniej pozostał w mamie kompleks, że coś ważnego jej umknęło; powtarzała zresztą nieraz, że gdyby mogła żyć jeszcze raz, wybrałaby historię sztuki. Więc malarstwo, teatr, film, literatura, muzyka poważna, a niejako przy okazji opera i balet to były krainy magiczne, w których warto było przebywać jak najczęściej. Najpierw, gdy tylko był cień szansy, że coś zrozumiemy, zabierała tam nas ze sobą. A z czasem, gdyśmy dorośli, denerwowała się, gdy coś nam umknęło (jeszcze dwa lata temu wpadałem w lekki popłoch, gdy pytała mnie, co sądzę o wystawie, na której nie byłem; ona już nie wychodziła z domu, lecz ja nie miałem żadnego usprawiedliwienia).

              Ale od pewnego momentu to myśmy jednak odkrywali to i owo. Jeśli chodzi o muzykę „nie-poważną”, to nie dała się przekonać, mimo, że jako nastolatek z uporem godnym lepszej sprawy starałem się wobec niej występować jako misjonarz rocka i jazzu. Gdy jednak przedmiotem odkrycia był film, teatr, a zwłaszcza literatura – o, tu trzeba było coś przedsięwziąć.

              No i wracam sobie kiedyś, chyba pod koniec studiów, a może zaraz po dyplomie, z wakacji, i zastaję duży stół w pokoju założony encyklopediami i słownikami. A wśród nich, na centralnym miejscu, niby Mszał, leży „Gra w klasy” Cortazara. Pisałem już tu kiedyś: była to bodaj najważniejsza powieść mojej młodości, pożyczyłem ją przypadkiem z biblioteki, mając piętnaście lat, i choć zrozumiałem nie-tak-wiele, oszalałem na punkcie Horacia i Magi, zwłaszcza części paryskiej. Wróciłem potem do niej na studiach, potem jeszcze raz… No i przyszedł moment, kiedy pani inżynier postanowiła sprawdzić, co tak ekscytuje jej syna. A że studia politechniczne wyrabiają pewną systematyczność, która wymieszała się z przyrodzoną solennością mojej rodzicielki, więc mama nie PRZECZYTAŁA „Gry w klasy” – lecz, jak to ująć, ZBADAŁA ją? PRZESTUDIOWAŁA? Właściwie to należałoby powiedzieć, że ją PRZEGRYZŁA. Robiąc notatki objaśniające każde nazwisko, niejasny dla inżyniera termin, obcojęzyczny zwrot, nie wywołujący oczywistych skojarzeń tytuł.

              I teraz, między papierami, znajduję właśnie te notatki. Mam wrażenie, że w pewnej chwili stały się one ważniejsze od samej książki, że widoczna w nich konsekwencja przerasta w „sztukę dla sztuki”, bo widzę zanotowane prywatne przypisy także do pojęć, które mama przecież znała. Może zaskakiwało ją to, w jakich kontekstach pojawiają się u Cortazara. Albo po prostu doszła do wniosku, że jeśli już robić prywatne przypisy, to już absolutnie do wszystkiego (tak właśnie przypuszczam). Najlepsze jest to, że nie wydaje mi się, by sensy „Gry w klasy” robiły się od tych wszystkich notatek jaśniejsze.

              Ale wzrusza mnie zaciekłość kogoś, dla kogo postmodernistyczne gry Argentyńczyka musiały być dość obce, a kto jednak postanowił się przez nie przekopać (łącznie z odhaczaniem sobie, które rozdziały ma za sobą, skacząc po tekście zgodnie z tabelką na początku książki). I rozczula skryte w tym wyznanie miłości. Cała moja matka: żeby powiedzieć coś bardzo ciepłego, albo przytulić dorosłego już w tym momencie syna, to nie, dajcie spokój, wstyd przecież. Ale ZAMIAST TEGO przeczytać, i to tak do cna, coś, co polubił – owszem…

Udostępnij


O mnie



  • A ja durnowaty wsobnie wymyśliłem, że „wolność od marzeń, które się nie ziściły” oznacza milczenie po wsze czasy. Wróciłem dzięki „Lalce” i przebłyskom pamięci, że kiedyś J.S. cudnie opowiedział o pewnym ważnym spacerze. Dziękuję że Pan jest.

  • Bo też tak to miało być. Ale po dość dramatycznych wydarzeniach drugiej połowy 2019 roku i po miłych – dla odmiany – rozmowach z ludźmi, którym jakoś zamknięcie tego bloga się nie spodobało, stwierdziłem, że warto się zmobilizować. Za zamieszanie (i ewidentny brak konsekwencji…) przepraszam!
    JS

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Premium WordPress Themes