Obawiam się, że zostałem psychofanem pewnej powieści. Żeby było dziwniej, jest to, formalnie rzecz biorąc, kryminał.  

Powieści kryminalne, w każdym razie w Polsce, od lat 90. cieszą się lepszą opinią, niż dawniej. Zawsze były popularne, ale Agatha Christie czy Arthur Conan Doyle, nie mówiąc o takich pisarzach, jak Georges Simenon albo Francis Durbridge, nigdy wśród czytelników nie mieli pozycji pozwalającej ich porównywać z Gabrielem Marquezem, Virginią Woolf czy Albertem Camusem. Może wyjątkiem był Raymond Chandler – ale i tego nie jestem pewien. Dziś jest oczywiste, że kryminały bywają poważnymi wypowiedziami o świecie. Zwłaszcza Skandynawowie przekonali nas do tego: Henning Mankell, Stieg Larsson, może także Camilla Läckberg. A jednak w deklaracji, że do listy najważniejszych powieści, postawionych na honorowej półce obok Dostojewskiego czy Cortazara, dopisuję jakąś powieść kryminalną, przeczuwam wciąż gest ekstrawagancki (nawet jeśli na wspomnianej półce od lat trzymam kilka książek Philipa Dicka).

Rzecz polega może na tym, że powieść kryminalna, z racji napędzającej akcję zagadki, wydaje się bardziej niż inne przeznaczona do jednokrotnego czytania. Jeśli już wiem, kto dybie na życie sir Henry’ego, po co mam czytać raz jeszcze „Psa Baskerville’ów”? Akurat zresztą do „Psa Baskerville’ów” zdarza mi się wracać w zimowe wieczory, lubię ten staroświecki rytm opowieści – ale zawsze żałuję, że nie umiem zapomnieć rozwiązania intrygi i że gorączkowa ciekawość, z którą czytałem Conan Doyle’a po raz pierwszy (w wieku lat jedenastu…), nie będzie mi już nigdy dostępna.

Tymczasem w przypadku powieści, o której tu chcę napisać, znajomość puenty w ogóle mi nie przeszkadza. Może oznacza to, że jej przynależność do gatunku jest powierzchowna, pozorna? Może nie jest ona bardziej kryminałem, niż „Imię róży” Umberto Eco? Podejrzenie to wydaje mi się tym trafniejsze, że kiedy czytałem ją pierwszy raz (siedem lat temu), pamiętam, jak w dwóch trzecich objętości ZWOLNIŁEM tempo lektury. Chciałem jak najdłużej znajdować się w świecie powieściowym i gotów byłem zapłacić za to przedłużającym się stanem niewiedzy, czy w końcu bohaterka zabiła męża, czy nie. Nie jest to normalna reakcja czytelnika powieści kryminalnej.

*

No dobrze, podajmy wreszcie nazwisko autora i tytuł. Chodzi o „Trucicielkę” Petera Robinsona. Oryginalny tytuł nie kokietuje chyba zresztą tak bardzo klienta księgarni, brzmi bowiem:  „Before the Poison”. I rzeczywiście najważniejsze jest to, co stało się „przedtem”, nie wspominając już o tym, że nie o jednej truciźnie w powieści mowa (mimo wszystko staram się uniknąć spoilerowania). Ale co, u licha, sprawiło, że w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy sięgnąłem po tę książkę dwa razy? I to za każdym razem w szczególnych okolicznościach: raz w sierpniu, czekając na tragiczną wiadomość ze szpitala, w którym znalazła się moja matka, drugi raz – obecnie, podczas epidemii?

Nie wiem, czy Państwo też tak mają, ale czasem czytając powieść, lub oglądając film, odczuwa się zmysłową przyjemność – przykład, który mi natychmiast przychodzi do głowy, to sekwencja z „Mulholland Drive” Davida Lyncha, gdy bohaterka jedzie nocą samochodem, przez przednią szybę widać tylko szosę i skrawek pobocza w świetle reflektorów, a zza kadru mruczą nisko smyczki orkiestry Badalamentiego. Tak jest też tutaj. Na angielską prowincję, do stojącego na odludziu starego domu przybywa z Hollywood kompozytor muzyki filmowej, niedawno owdowiały… żeby skomponować wreszcie coś nieużytkowego (sonatę)? Żeby zakończyć okres żałoby? Żeby zacząć żyć jeszcze raz? Ogląda kupiony przez internet budynek, a ja już jestem z nim, i tę pierwszą scenę wkraczania w nieznaną przestrzeń (zapada zmierzch, stary dom trzeszczy, za chwilę okaże się oczywiście, że ma swoją tajemnicę) chce mi się czytać w kółko i w kółko. A zaraz wejdzie urodziwa pani agentka nieruchomości, do której wdowiec poczuje zaskakujący go feblik (i to z wzajemnością). Więc po tragedii – odkrywa, a my razem z nim – jest jeszcze jakieś życie. Choć motorem działań bohatera będzie niebawem, jak przystało na kryminał, chęć wyświetlenia zagadki czyjejś śmierci.

Tak, w ten sposób mogę sobie tłumaczyć moje przywiązanie do tej książki: zawiera ona sugestywne opisy, budzących sympatię bohaterów po przejściach, a przy tym korzysta z oczywistych składników zajmującej historii. Któż by nie chciał posłuchać o starym domu na odludziu, o tajemnicy z przeszłości, a na dodatek uśmiechnąć się z powodu różnic obyczajowych między USA a angielską prowincją… Ale czując, że jest w tym jeszcze coś więcej, zacząłem ostatnio sprawdzać rozmaite szczegóły, przywoływane przez autora. Czyli potraktowałem tę książkę tak, jak przyzwoity filolog zajmujący się dziełem, które chce zanalizować.

Ponieważ bohater jest kompozytorem, wiele tu odwołań do historii muzyki (kolejny wabik dla mnie: do muzyki odczuwam od zawsze nieodwzajemnioną miłość). Kobieta, której ducha bohater ściga – przed półwieczem stracona po procesie jako morderczyni – była śpiewaczką-amatorką i pewien jej występ jest dwukrotnie wspomniany w powieści: można powiedzieć, że funkcjonuje jako rama dla intrygi. Nie poznając z tytułu pieśni, którą przejmująco wykonywała, zatrudniłem oczywiście wujka Google’a i ciocię YouTube, a poruszony brzmieniem, odszukałem jeszcze jej tekst. To „Lament Dydony” z barokowej opery Purcella „Eneasz i Dydona”:

When I am laid in earth, / May my wrongs creates / No troubles in thy breast. / Remember me, / Remember me, / But forget my fate.

I to jest nie tylko pragnienie, być może, każdej i każdego z nas – remember me, remember me – ale i jakby strumień światła, który wydobywa z książki jej prawdziwy relief. Bo rzecz nie jest w gruncie rzeczy o tym, kto kogo zabił i dlaczego, ale o zapominaniu i pamięci. Bohater nie może wiele zrobić dla zmarłej. Tylko: przypomnieć i odtworzyć jej sylwetkę; to, kim była sama w sobie, nie to, jak skończył się jej fatalny (i przypadkowy) los.

Ale mówi się tutaj też o tym, jak żyć, gdy wydaje się, że dobro uległo ostatecznemu zniszczeniu. To dobro reprezentują kobiety, zresztą o znaczących chyba imionach: Grace – łaska i Laura – imię, przywołujące zwycięstwo i sławę. Nie wydaje się ponadto bez znaczenia, że żywą kobietą, pomagającą bohaterowie wydobyć się z rozpaczy, jest Heather – imię oznaczające z kolei wrzos, w symbolice celtyckiej związany z namiętnością, opanowaniem i umiejętnościami prorokowania. Bohater: przegrany, pozbawiony sławy, poszukuje łaski i zdobywa opanowanie, a może też i sztukę, współczesny ekwiwalent proroctwa – tak w porządku symbolicznym przedstawiałaby się jego droga.

(Nim przejdę do puenty, ważny przypis: bardzo możliwe, że autor nie był świadom tych symbolicznych znaczeń, a imiona nasunęły mu się na myśl ot, tak. W procesie pisania tak się zazwyczaj zdarza. Dość przypomnieć, jak Emil Zola wymyślił swojej bohaterce imię Nana, nie wiedząc – bo odkryto to później – że Nana stanowi imię babilońskiej bodaj bogini płodności i namiętnego seksu).

Ale wróćmy do „Trucicielki”, bo w drugiej części zawiera ona poruszającą opowieść – wydobytą z opracowań historyków – o losie pielęgniarek podczas II wojny światowej. Mężczyźni zabijają, kobiety starają się nieść pomoc. Są cichymi bohaterkami – nie o nich, lecz o żołnierzach opowiada się, gdy już ucichną strzały. Potem wszyscy (ci, co przeżyli) wracają do domów, ale to mężczyźni domagają się „odpoczynku wojownika”. „Ci, których kochamy – mówi pod koniec powieści jedna z kobiet, wracających z frontu – nie chcą o tym wszystkim słyszeć, nie chcą tego wiedzieć [cośmy przeżyły]”. Kobieta ma być znowu symbolem dobra. Kto inny ma w społeczeństwie patriarchalnym odgrywać tę rolę? A przecież bez symbolizacji nie uwierzylibyśmy, że dobro w ogóle jest możliwe.

W tym sensie finał powieści (nie mówię o rozwiązaniu intrygi, które konsekwentnie przemilczam) przypomina trochę zakończenie „Innego świata” Herlinga Grudzińskiego. Przypominam: u Herlinga spotykają się po wyzwoleniu dwaj więźniowie łagrów. Jeden z nich opowiada drugiemu kolejną okropną historię: o tym, jak, żeby uratować życie, złożył fałszywy donos i doprowadził do śmierci niewinnych ludzi (skądinąd Niemców). Prosi o zrozumienie. Bezskutecznie. Bo tamten świat jest innym światem, niż codzienność Europy w czasie „normalnym”, i złamanie tej ścisłej separacji oznaczałaby zniszczenie zasad moralnych (choć może raczej: moralnych iluzji), które pozwalają nam żyć w ludzkiej rzeczywistości.  

Dlatego także bohaterka Robinsona milczy, czym pośrednio wyda na siebie wyrok śmierci. Jej milczenie jest heroiczną łaską, którą obdarza nasz świat. Trudno nie pomyśleć choć przelotnie, czy z tej łaski skorzystaliśmy. I czy potrafimy, kiedy przyjdzie nasza kolej, powtórzyć za nią: When I am laid in earth… Remember me, but forget my fate.

(Peter Robinson, Trucicielka, przeł. Jacek Mikołajczyk, Wydawnictwo Sonia Draga 2013)

(punktem wyjścia ilustracji była fotografia na stronie hbr.org)

Udostępnij


O mnie



  • Pamiętam jak kilka lat temu polecał Pan tego autora kryminałów. Zachęcony sięgnąłem wówczas właśnie po „Trucicielkę” i „W czas posuchy”. Nawiasem mówiąc ta druga pozycja bardziej mi się podobała. Dla mnie jednak prawdziwym odkryciem jeśli chodzi o powieści kryminalne jest szkocki pisarz Peter May i jego trylogia o wyspie Lewis, ze szczególnym uwzględnieniem „Czarnego domu”.

  • Fantastyczna zachęta, muszę przeczytać, zwłaszcza że „Dydona i Eneasz” to jedna z moich ukochanych oper. Jako ciekawostkę dodam, że libretto do niej napisał Nahum Tate, poeta trzeciorzędny, którego głównym tytułem do (nie)sławy jest to, ze napisał adaptację „Króla Leara”, w której Kordelia wychodzi za mąż za Edgara i wszyscy żyją długo i szczęśliwie. (A komentarzem na temat zmiennych kolei gustow niech będzie to, ze to tę wersję wystawiano na scenach angielskich przez cały wiek XVIII i kawałek XIX. Dopiero wielki tragik Edmund Kean przeforsował powrót oryginalnej wersji.) I chociaż libretto Tate’a jest podobnie drewniane, jak cała jego twórczość, to gdy pisał „Lament Dydony”, spłynęła na niego ewidentnie łaska. Co jest w sumie pocieszające – nawet największe beztalencie ma gdzieś w sobie te dwa dobre wersy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Premium WordPress Themes