Michał Oleszczyk na FB zrobił podsumowanie tego, czego nauczyła i czego nie nauczyła go szkoła przez dwanaście lat nauki – i wyszedł mu z tego niezwykle krytyczny obraz systemu edukacji w latach dziewięćdziesiątych. Zbiegiem okoliczności wczoraj późnym wieczorem rozmawiałem o czymś podobnym z żoną (przy czym myśmy chodzili do podstawówek i liceum półtora dekady wcześniej).

Co więc zawdzięczam szkole z czasów, nie ukrywajmy tego, dość głębokiego PRL-u (do pierwszej klasy poszedłem we wrześniu 1969, maturę zrobiłem w maju 1981)? Jakie natomiast zostawiła mi ta szkoła braki, uderzające z powodu potrzeb dorosłego życia?

Przede wszystkim szkoła w tamtej epoce dała mi dość porządny, jak mi się zdaje, fundament wiedzy kulturowej. Można narzekać, że przekaz na lekcjach historii, polskiego i wiedzy o społeczeństwie (nie jestem pewien, czy ten ostatni przedmiot dokładnie tak się wtedy nazywał) był wówczas, a raczej miał być wówczas zideologizowany. Ale po pierwsze, formalne nakazy ministerialne były realizowane przez konkretnych nauczycieli, z ich wrażliwością i osobistą uczciwością, więc nawet jeśli na „czołowe zderzenie” z dyrektywami propagandowymi zdecydował się spośród nich tylko jeden, reszta je łagodziła, szukała kompromisu, pozwalającego zachować zarówno twarz, jak etat – i myślę, że wychodziło im to nieźle. Wystarczył oszczędny komentarz rodziców, a w szkole średniej naturalny chyba dla nastolatka krytycyzm, żeby rozumieć, że interpretacje dziejów są dyskusyjne. A na temat faktów przecież nie kłamano. Inna sprawa, że kiedy doszliśmy z programem do wydarzeń, które byłyby prawdopodobnie zakłamane naprawdę (wojna polsko-bolszewicka, 17 września, Katyń) – nadszedł 1980 rok i pokusa oportunizmu w kadrze nauczycielskiej zmalała (na szesnaście miesięcy) do zera.  

A propos faktów, które musieliśmy wkuć. Po 1989 roku rozmaici reformatorzy polskiej szkoły zaczęli posługiwać się hasłem, że uczniowi potrzebne są umiejętności, a nie wiedza. Uważam to za zawracanie głowy: nie dlatego, że lekceważę umiejętności, tylko dlatego, że przeciwstawienie to ma niewiele wspólnego z życiem. Żeby na przykład umieć wyszukiwać informacje, trzeba najpierw wiedzieć, czego się nie wie. Wiedza – można się spierać, jak szczegółowa – stanowi zatem fundament umiejętności, a nie osobny moduł, który można wyłączyć, żeby skuteczniej „dać wędkę, a nie rybę”.

Szkoła podstawowa uczyła zresztą skutecznie przynajmniej trzech umiejętności, a jakże: czytania, pisania i zapamiętywania. Dziś, obawiam się – a jako nauczyciel w szkole średniej naprawdę wiem, co mówię – osiągnięcia podstawówek w tym zakresie wydają mi się niewielkie. Oczywiście, że nauczanie online stanowi dodatkowe utrudnienie. Niemniej, mówiąc oględnie, nawet fajni i przytomni licealiści nieraz zadziwiająco słabo czytają na głos, miewają zaskakujące kłopoty ze zrozumieniem tekstów skomplikowanych odrobinę bardziej, niż mowa potoczna, a jeśli nawet radzą sobie „jak-cię-mogę” z ortografią, to już zasady interpunkcji praktycznie dla nich nie istnieją.

Czego natomiast brakuje mi w dorosłym życiu, a co powinna była dać mi szkoła? Należę do ofiar eksperymentu dydaktycznego, jaki przeprowadzono na moim roczniku około roku 1976: dziwaczne książeczki do samodzielnego wypełniania w zakresie chemii sprawiły, że nie opanowałem podstaw tego przedmiotu i (z zażenowaniem przyznaję) nigdy już tego nie nadrobiłem. Jeśli mnie pamięć nie myli, z chemii miałem jedyną na świadectwie maturalnym trójkę, co było i tak przejawem łaskawości pani profesor od tego przedmiotu. Jest też prawdą, że po kursie biologii (skądinąd w liceum bardzo ciekawym) została mi raczej orientacyjna wiedza o budowie komórki, niż zdolność odróżnienia jodły od świerku, a kiedy przed laty śp. była teściowa poprosiła mnie na działce o przyniesienie z grządki rzodkiewki, wykonałem to zadanie dość osobliwie, mianowicie wsadziłem palec w grządkę blisko roślinki, podejrzanej o bycie rzodkiewką, i starałem się namacać, czy pod ziemią wyczuję znajomą kulkę, czy też jakiś całkiem inny kształt korzenia.

Mimo tych biologiczno-chemicznych braków sądzę, że to była dobra szkoła. No, w każdym razie niezła. Dawała tzw. ogólne pojęcie o świecie, uczyła wyłapywania informacji mimochodem (możliwe, że to raczej efekt wychowania domowego – moja śp. mama własnym przykładem mobilizowała do nieustannego rejestrowania usłyszanych przypadkiem nazwisk, tytułów, faktów, zwłaszcza związanych z szeroko pojętą kulturą). Ofiarowała mi przyzwoite minimum, które potem już samodzielnie mogłem rozwijać. Owszem, wolałbym więcej wiedzieć o podstawach teoretycznych (!) muzyki i nie głupieć w obliczu dowolnego tekstu, napisanego językiem prawniczym. No i w tej chemii i w roślinkach czuję się nieswojo. Ale nie mogę narzekać.

Problem widzę gdzie indziej – a biorąc pod uwagę, że dziś znów jestem nauczycielem, jest to problem dramatyczny. Otóż mam wrażenie, że tamta szkoła uzyskiwała efekty dzięki bezceremonialnemu traktowaniu uczniów. Nie był to może chroniczny terror, ale nauczyciele chyba nie przejmowali się tak bardzo samopoczuciem i pozaszkolnymi kłopotami uczniów. Nie pamiętasz – niedostateczny. Nie nauczyłeś się – niedostateczny. Trzy błędy ortograficzne – niedostateczny. Nie uważasz na lekcji – niedostateczny. Ponieważ wydaje mi się (podobnie jak większości znanych mi nauczycieli), że więcej się osiąga marchewką niż kijem, że nauczyciel powinien być życzliwym opiekunem, a nie surowym sędzią, nie solę co chwila jedynek, odpuszczam szokująco słabą pamięć – poświęcam to wszystko, żeby uczeń „złapał bakcyla” mojego przedmiotu, żeby ZACHCIAŁO MU SIĘ WIEDZIEĆ, BO TO CIEKAWE (a nie dlatego, że grozi mu niedostateczny na semestr). Z najlepszymi i najdojrzalszymi tak się pracuje świetnie; ufam, że mobilizuje to również pewną liczbę mniej dobrych i mniej dojrzałych. Ale ci najmniej dobrzy i dojrzali pewnie przeczołgują się na naszych lekcjach z ocenami „dopuszczalnymi”. Czy tak ustawiona edukacja jest aby skuteczna w perspektywie zbiorowej, czy mimo najlepszych chęci nie dokładam się w ten sposób do ogólnego zgłupienia? Czasem zadaję sobie to pytanie i zastanawiam się, czy nie sieknąć kiedyś 80% jedynek w jednej czy drugiej klasie dla poprawy własnego samopoczucia. Ba, tylko że to właśnie dla mnie będzie, nie dla nich.   

Fotografia ze strony lada-prl.pl

Udostępnij


O mnie



  • Z moich szkolnych doświadczeń wynika, że bezceremonialne traktowanie uczniów skutkowało przede wszystkim, jeśli nie wyłącznie, niechęcią do szczególnie bezwzględnych nauczycieli. Pamiętam psychopatyczną nauczycielkę geografii, walącą na oślep kijkiem do pokazywania na mapie (metodę kija traktowała jak najbardziej dosłownie) i wrzeszczącą, że jesteśmy bandą kretynów, z których nigdy nic dobrego nie wyrośnie. Do dziś wspominam ją ze zgrozą, a moja znajomość geografii jest równie imponująca jak Pana wiedza o chemii. Być może marchewka czasami zawodzi, ale nie sądzę by kij kiedykolwiek był naprawdę skuteczny. Życzę Panu jak najwięcej dojrzałych uczniów, którym będzie się CHCIAŁO wiedzieć.

  • *********** ***

  • Na obecną szkołę patrzę z pewną zgrozą oczami mojej 14 letniej pasierbicy. Z jednej strony dziecko nie ma czasu w zasadzie na nic, zero łażenia po podwórkach, skakania na gumie, w wersji chłopackiej – chuliganerii z chłopakami z drugiego podwórka, a z drugiej żenująco skromne wyniki ogólne. Dzieci wkuwają, ale nie pracują na geografii czy historii z mapą. W ogóle. Pochód Napoleona na Moskwę to jakaś abstrakcyjna wyprawa kilku hobbitów, nie ma tego poczucia, że wskazuje się kraniec mapy i dla wszystkich staje się jasne, że on tego nie mógł wygrać, bo on poszedł na skraj mapy. (Mimo że oczywiście, że mógł wygrać,, wszyscy to wiedzą, wystarczyło użyć gwardii pod Borodnino, ekhm).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Premium WordPress Themes