Zwierzę się z myśli mnie samego nieco krępującej, może nawet nie z „myśli”, ale z wrażenia – jednak zbyt wyrazistego, żebym mógł udać, że go nie odebrałem. Chociaż wiem, że rzecz jest co najmniej niezręczna. Mimo to chcę sprawdzić, czy udałoby mi się ją wyrazić tak delikatnie, jak tego wymaga.

Zacznę od zastrzeżeń. Jestem zdecydowanie i bez wyjątku za samostanowieniem narodów. Do tzw. „kresów wschodnich” (brrr, chodzi przecież o suwerenne dziś państwa!) nie mam żadnego osobistego stosunku: moja rodzina z obu stron, ojca i matki, jest konsekwentnie środkowopolska: wprawdzie babcia Sosnowska (z domu Jaroszewicz) miała krewnych na Litwie, ale co najmniej od wojny stosunków żadnych i żadnych przekazanych mi sentymentów, a sama urodziła się w Suwałkach, więc po TEJ stronie dzisiejszej granicy. Jak sobie pomyślę, że w 2022 roku mielibyśmy mieć inne terytorium państwa, niż mamy, Wilno i Lwów u siebie, to zimno mi się robi, bo do wszystkich kłopotów doszłyby jeszcze napięcia narodowościowe w naszym kraju – dajcie spokój. Na Litwie rządzą Litwini, w Polsce – Polacy (głupio, ale to głupota ojczysta), Ukrainy bronią Ukraińcy, a daj Boże, że na Białorusi będą jeszcze swobodnie żyć Białorusini; tak jest w porządku.

Sed contra: byłem drugi raz w życiu na Litwie (Kowno, Wilno, Troki) i znów, będąc tam, odebrałem – przyznaję, że cichsze, niż poprzednio, ale niewątpliwe echa neurastenicznego (tak to nazwijmy) stosunku Litwinów do przeszłości.

Rzecz jest z jednej strony zrozumiała: trzymilionowy dziś naród przetrwał tyle lat najpierw w państwie, które wprawdzie nazywało się Rzeczpospolitą Obojga (!) Narodów, ale dokonywało się w nim na ogół miękkie i nonwiolencyjne, niemniej oczywiste polonizowanie Litwinów, potem rusyfikowano go w Rosji, potem znów znalazł się częściowo w Polsce, w której w Dwudziestoleciu już nie było raczej miękko i nonwiolencyjnie (dodajmy, że Wilno odebraliśmy na rympał, choć przecież nie bez ważnych dla nas WÓWCZAS powodów), a potem pół wieku spędzili Litwini w ZSRR, gdzie ich rusyfikowano brutalnie – tymczasem naród ów przetrwał jednak i zachował tożsamość. Ten fakt jest imponujący. To przetrwanie wymagało bez wątpienia nieco bardziej „wysokoenergetycznego” patriotyzmu, niż patriotyzm ludzi, którzy o własną tożsamość narodową walczyć nie muszą. Zgoda.

Niemniej efektem ubocznym jest uderzające dziś deprecjonowanie niegdysiejszej roli Polaków na tych ziemiach. Tylko jeden, drobny i zabawny, ale charakterystyczny przykład: po Kownie (przepraszam, po Kaunas) oprowadza nas mówiąca po polsku Litwinka, która, opisując różnice między Kaunas a Vilniusem, stwierdza, że Kaunas to miasto rdzennie litewskie, a w Wilnie żyło przed wojną tylko 2% Litwinów. I dodaje: „a reszta to była taka internacjonalna mieszanka”. No, to ja przepraszam, ale w tej mieszance co najmniej 60%  stanowili Polacy, a 35 % – Żydzi; naprawdę „internacjonalną mieszanką” była trzyprocentowa reszta. Czyli pani przewodniczka jest mentalnie nieopodal pomysłodawców mojej ulubionej tablicy z okresu PRL na zamku krzyżackim w Malborku (nie wiem, czy jej tymczasem nie zdjęto): „W 25 rocznicę powrotu Malborka do macierzy – Społeczeństwo Polskie”. Malbork! Do „macierzy”!!!

Nasza część Europy miała skomplikowaną historię: nie bez powodu Hannah Arendt określała ją jako „pas ludności mieszanej”. Rozmaite narody wypierały się nawzajem z terytoriów, kształtowały się, gasły, rekonstruowały; żyły razem, żeby za chwilę sugerować wyższość swojej kultury nad innymi, potem obrywały tym samym od sąsiadów; jednym z nich był naród polski. Epoka ta, jeśli wziąć w nawias bandyterkę Putina, wydaje się być za nami. Nikt serio w Europie Środkowej nie dąży do zmiany granic. Ale tę epokę naprawdę zamkniemy dopiero wtedy, kiedy zdobędziemy się na wyzwalający nas z resentymentów gest przyznania, że co nasze, nie zawsze nasze było, że Wrocław swoją wielkość i urodę zawdzięcza Niemcom, podobnie jak Gdańsk, że to i owo w Krakowie zrobili Austriacy i Czesi (nie mówiąc o przybyszu z Norymbergi – Wicie Stwoszu), że dla Warszawy zasłużył się Rosjanin Starynkiewicz, Wilno przez stulecia było miastem zdominowanym przez kulturę polską, podobnie jak Lwów, gdy z kolei kultura wiejska w Bieszczadach była etnicznie łemkowska i ukraińska, nie polska, że wszędzie miejscową kulturę wzbogacali wschodnioeuropejscy Żydzi – i tak dalej.

Wolność naprawdę osiąga się wtedy, kiedy o historii zaczyna się mówić bez skrępowania i płynących zeń manipulacji. Konflikty etniczne bywały gorące, ale teraz to już coraz bardziej promieniowanie tła, nie ma co go podgrzewać. I, oddając hołd litewskim ofiarom spod wieży telewizyjnej w Wilnie, chciałbym móc chodzić po litewskich ulicach bez poczucia, że jako Polak jestem jednak trochę podejrzany, bo może zostało we mnie coś z kolonizatora. No więc nie zostało, naprawdę. A ponieważ wydaje mi się, że np. z Niemcami w Kołobrzegu się chyba udało, a we Wrocławiu udało się na pewno, wierzę, że i Litwini nie będą kiedyś nerwowo reagować na oczywisty fakt udziału kultury polskiej w dziejach Vilniusa czy Kaunas.

(Co nie oznacza, że na Litwie w ogóle było nieprzyjemnie, przeciwnie; tyle że Polak zwykle może sobie odczuwać moralną wyższość nad dawnymi okupantami i zaborcami, a tu nagle ląduje w roli, do której nie przywykł i mu w niej co najmniej niewygodnie).   

Udostępnij


O mnie



  • W ogóle bym się tym nie przejmował. Zwłaszcza że na przestrzeni lat widzę postęp. Np. po wielu latach sporów w tym roku dopuszczono oryginalną pisownię imion i nazwisk alfabetem łacińskim w dokumentach litewskich. Czyli Polka Anna może być w paszporcie Anną, a nie Aną, a Witold Witoldem, a nie Vytautasem. Najważniejsze, że takie konkretne sprawy idą w dobrym kierunku, a sprawę neurastenii – która oczywiście jest faktem – zostawmy Litwinom. Niech się sami z nią uporają. My raczej zajmijmy się naszą polską nacjonalistyczną megalomanią i kompleksami.

  • Dawno nie byłem na Litwie, ale z wizyty w 2013 roku wróciłem z podobnymi wrażeniami. Natomiast myślę, że na ich niechęci do nas mocno odcisnął się ślad II RP, gdzie przez długi okres byliśmy w stanie może nie „niewypowiedzianej wojny”, ale z pewnością ostrego konfliktu. To chyba Piłsudski w trakcie jakiegoś kryzysu zapytał premiera litewskiego „To czego Pan chce, pokoju czy wojny?”, stawiając – jak to Piłsudski – sprawę na ostrzu noża.
    PS. Widzę, że pisze Pan „na Litwie”, a nie „w Litwie”. Jaki ma Pan pogląd na ten spór „na/w Ukrainie”?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Premium WordPress Themes