Kilka dni temu wróciłem sobie do „Lalki” Prusa, dziś ją skończyłem. Już nawet nie próbuję policzyć, ile razy czytałem tę arcypowieść, moim zdaniem – chyba najlepszy tekst fabularny, napisany kiedykolwiek po polsku. Zamiast tego starałem się przypomnieć sobie, kiedy usłyszałem o niej po raz pierwszy. I z otchłani czasu wychynęły mi takie trzy obrazki (kolejności dwóch pierwszych nie jestem pewien).

Jeden: bawię się na podłodze koło kredensu, czyli mam nie więcej, niż sześć lat, a w pokoju włączone jest radio z UKF-em, kupione niedawno, i leci „Codziennie powieść w wydaniu dźwiękowym”, gdzie mowa o jakiejś pannie Łęckiej. Dlaczego to nazwisko zapamiętałem? Może ten fakt objaśnia obrazek drugi (z czego by wynikało, że jest starszy): z radia słychać co innego, piosenkę Haliny Kunickiej ze słowami „Nikomu nie żal pięknych kobiet, gdy zamiast serca mają głaz…”, a że tekst wydaje mi się dość zaskakujący, pytam o niego babcię, a ta mówi – raczej bez szczegółów – że chodzi o niejaką pannę Łęcką, bohaterkę pewnej powieści.

Obrazek trzeci – kilka lat później, ale mnie wydaje się, że kilka epok później: jesteśmy na wakacjach w Kołobrzegu, moja siostra-licealistka czyta „Lalkę” i zaśmiewa się przy scenach ze studentami. Może nawet czyta mi jakieś urywki.

              Mija znowu kilka lat i teraz ja czytam latem „Lalkę”. Czytam tak, jak się powinno czytać świetne powieści: też na wakacjach, nie w ramach „obowiązku szkolnego”, tylko dlatego, że chcę wreszcie się dowiedzieć, co tak się podobało mojej siostrze. Mówiąc nawiasem: posiadanie odrobinkę starszej siostry to skarb, może nawet, Siostro, nie pamiętasz, że Tobie zawdzięczam i „Lalkę”, i „Hamleta”, dwie z pięciu, może sześciu najważniejszych lektur w moim życiu (z „Beniowskim” się nie udało, na jego uroki okazałem się oporny – wybacz 😉 ). W każdym razie powieść Prusa stała się moją miłością od pierwszego wejrzenia, od pierwszej lektury. A potem jeszcze tak mi się dziwnie życie ułożyło, że Wokulskiego przez pewien czas odstawiałem osobiście, łącznie z wyjazdem do Paryża i ochotą, żeby przejechać się balonem na uwięzi (na ochocie się skończyło, bo wiał silny wiatr). Wracam do niej średnio raz na cztery lata, mniej więcej. Ostatnio chyba nawet częściej.

              Od pewnego czasu czytam ją w wydaniu z serii „Biblioteka Narodowa”, w opracowaniu prof. Józefa Bachórza, i to jest dodatkowa przyjemność. Przypisy często rozpraszają, ale w tym wypadku są pasjonujące. Nie tylko dlatego, że np. rozważania polityczne Rzeckiego rzucają na szersze tło i pokazują, kiedy stary subiekt bredzi, a kiedy jego kombinacje zachowują jakiś związek z rzeczywistością lat 1878-1879. Także nie tylko dlatego, że uświadamiają niektóre gierki z cenzurą, które uprawiał Prus, a które po 130 latach z okładem zrobiły się słabo czytelne (np. sam nie zauważyłem, że baron Dalski jest prorosyjskim lojalistą i w tym duchu interpretuje interesy Wokulskiego z Suzinem, na co Wokulski reaguje tak zimno, że Dalski go przeprasza – jeśli się nie czyta między wierszami, odpowiedź Wokulskiego wydaje się nieuzasadnioną impertynencją). Przede wszystkim dlatego, że w przypisach poznajemy także fragmenty, wykreślone ostatecznie przez Prusa. Wspomnę dwa, żeby pokazać, dlaczego to takie smakowite.

              Kiedy pod Skierniewicami do Wokulskiego dociera, jak go naprawdę traktuje Izabela, rozpoczyna się okres depresji bohatera; kończy się on dzięki kontaktowi z panią Wąsowską (uwielbiam zresztą sceny, w których ona występuje!). Ozdrowiały Wokulski udaje się do Ogrodu Botanicznego, tu ma kolejną wizję kolosalnego posągu Sławy – i tu (niestety!) Prus wykreślił istniejące w rękopisie zdania: „Gdy zaś z tej wysokości spojrzał na Ogród, dostrzegł pannę Izabelę w objęciach Starskiego. Oboje nie byli więksi od pary kotów”. Akurat nie chodzi o moją miłość do kotów. Moją miłość wzbudza zjadliwość tej frazy (ponieważ za każdą lekturą wraz z Wokulskim ulegam urokowi Izabeli w czasie pobytu w Zasławku i razem z Wokulskim, a może w jego imieniu, serdecznie jej nie znoszę później).

              I jeszcze świetniejsza zjadliwość, którą dostrzegłem w przypisie dopiero dziś. Usprawiedliwiam się, że przypisów jest dużo i nie na wszystkie rzuca się okiem, poprzednim razem ten musiałem przeoczyć. Mianowicie – w tej samej partii powieści – pani Wąsowska pokazuje Wokulskiemu, niezbyt dyskretnie, list od „Belci”, w którym opowiada ona o swoich sentymentalnych spacerach do ruin zamku w Zasławiu. List ów otwiera znowu rany bohaterowi, tak jest przynajmniej w ostatecznej redakcji książki. „Tak pogardzam i… jeszcze ją kocham” – myśli nasz bohater, co wystawia najlepsze świadectwo jego wrażliwości, ale zarazem nieco irytuje, bo, doprawdy, czytelnik widzi już, że kochać nie ma kogo. Ale po tych słowach w rękopisie były jeszcze następujące zdania:

              „Napił się wody i chodząc rozmyślał.

              Jednakże tę gadzinę wabią gruzy!… Nie mogąc już mnie dosięgnąć, przynajmniej pamięć o zmarłych splugawia. Biedny stryj, biedna prezesowa… ani przypuszczali, co to za ziółko wykwitnie nad ich wspólnym nagrobkiem…

              Tu oczywiście polonista we mnie woła, że co wykreślone przez autora, do powieści nie wchodzi. No, ale jednak, przywrócone w przypisie, TROCHĘ wchodzi, zwłaszcza w powieści-świecie, w której na rozmaite rzeczy można zwracać uwagę i na rozmaity sposób ją czytać. Podobnie: polonista we mnie wie przecież, skąd się wzięło dwuznaczne zakończenie losów Wokulskiego (krótko: chodziło o projektowany przez Prusa sequel). W swoim czasie zachwyciła mnie karkołomna historycznie, ale pociągająca interpretacyjnie koncepcja Stanisława Eilego, że „Lalka” udziela czytelnikowi oscylacji (jak kamerton kamertonowi): historia ma sens – historii sensu brak, jest sprawiedliwość na świecie – sprawiedliwości nie ma, Izabela kocha – Izabela nie kocha (Rzecki i Wokulski miotają się między tymi biegunami od pierwszej strony książki), a wreszcie: Wokulski pojechał do Geista – Wokulski zabił się w Zasławiu. Ale tym razem uderzyło mnie mocniej niż kiedykolwiek, że Wokulski oczywiście nie wysadził się w powietrze, tylko maksymalnie wk…ony na Izabelę wysadził w powietrze ruiny, gdzie sobie panna Łęcka urządziła poniewczasie świątynię dumania, i ruszył do Paryża. Tak jak Ochocki (jakże podobny do Wokulskiego), który spalił podręczniki do greki, kiedy wreszcie zdał z niej egzamin. Nie odstawia się Wertera, kiedy już się odkryło podstawy psychologii ewolucyjnej (avant la lettre), a po wyjściu od pani Wąsowskiej mruczy do siebie: „Co to musi być za wściekła kobieta!… Kąsałbym ją…”              

Gdyby ktoś z Państwa chciał rzucić okiem na mój inny tekst o „Lalce” – jest w linku TUTAJ. Nawiasem mówiąc, nie pamiętałem, że już osiem lat temu nie wierzyłem w samobójstwo Wokulskiego…

Skierniewice. Źródło fotografii: https://myvimu.com/exhibit/54710991-skierniewice

Udostępnij


O mnie



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Premium WordPress Themes