Już dwa tygodnie mijają od początku tego roku, a na moim blogu – nic nowego. Wzięło się to chyba głównie stąd, że, jak nigdy dotąd, zrobiłem noworoczne postanowienie: obiecałem sobie mianowicie, żeby w 2018 roku pisać tradycyjny dziennik. Tradycyjny, a nawet konserwatywny, bo: ręcznie, wiecznym piórem, w grubym zeszycie i to koniecznie codziennie. Nie journal intime, ale taki, którego znalezienie kiedyś przez kogoś nie będzie przyprawiało o rumieniec i bicie serca. Ale z drugiej strony i nie publiczny, nie przeznaczony do natychmiastowego ujawniania, jak blog.

No i okazało się, że kiedy poświęca się trochę czasu na rękopiśmienne wypełnianie zeszytu w linię (i to rzeczywiście każdego dnia; na razie tylko raz, zmęczony po podróży, zasnąłem bez napisania nawet jednego zdania) – wtedy znalezienie momentu dla bloga robi się mocno kłopotliwe. Bo przecież jest jeszcze szereg innych obowiązków, nieraz płatnych, co dla jednoosobowej firmy, jaką jestem, ma, owszem, znaczenie.

Uzasadnienie tego noworocznego postanowienia: żyjemy dziś w Polsce w bardzo dziwnych czasach. Coś się dramatycznie zmieniło wokół nas i w nas samych. Obserwujemy wydarzenia zaskakujące, zazwyczaj – z mojego punktu widzenia – przykre, albo wręcz skandaliczne. Oddajemy się z bliskimi domorosłym analizom, mającym nam podpowiedzieć, jak to długo potrwa. Szlag nas trafia na władze albo/i na opozycję, na media, nieraz też na polski Kościół. Nie wszystko, co nam chodzi po głowie, nadaje się do powiedzenia publicznie, nie tylko dlatego, że może nam ściągnąć na głowę kłopoty, często też dlatego, że nam samym wydaje się głupie lub niestosowne – a jednocześnie niewątpliwie to właśnie myślimy. Pomyślałem sobie zatem, że taki portrecik wku…rzonego liberalnego inteligenta, osaczonego przez rewolucję konserwatywną, cieszącą się – jeśli wierzyć sondażom – wciąż zadziwiająco, a wręcz idiotycznie wysokim poparciem społecznym, może być później dla mnie, lub jeszcze później już nie dla mnie, interesującym „zabytkiem epoki”. Nie „perłą literatury”, ale właśnie dokumentem, pokazującym te dziwne czasy z żabiej perspektywy.

Jak dotąd, jedna zanotowana rzecz zastanowiła mnie na tyle, że postanowiłem ją jednak przenieść tutaj, na blog. Otóż przywoływałem akurat jakąś wiadomość, znalezioną w mediach elektronicznych, i złapałem się na tym, że odruchowo zacząłem akapit od słowa: „podobno”. I dopiero po kilku linijkach uświadomiłem sobie, że dawno temu, w okresie studiów, używałem tego „podobno”, gdy miałem zrelacjonować informację zasłyszaną gdzieś – w kolejce do apteki, na korytarzu polonistyki, na imprezie; plotkę, przekazywaną z ust do ust. Podobno kogoś zaaresztowali. Podobno w Lublinie były rozruchy. Podobno mają zmniejszyć przydział na kartki.

No więc znów użyłem tego „podobno”, choć przecież mamy prywatne stacje radiowe i telewizyjne, a przede wszystkim internet. Tymczasem skupiony na tym, żeby stawiać litery w miarę prosto (bo ręka odzwyczaiła się od pisania dłuższych tekstów na papierze, oj, odzwyczaiła się…), odruchowo sięgam po formułę sprzed lat, oznaczającą plotkę o ograniczonej wiarygodności. Gdyż te wszystkie media zostały znieprawione przez fake-newsy, czyli, wyrażając się mniej oględnie, bo po polsku, przez kłamstwa i przeinaczenia, rozpowszechniane ze złą lub dobrą wolą. I w rezultacie nawet dowiadując się o czymś ze źródeł, którym w zasadzie skłonny jestem ufać, nie wiem w gruncie rzeczy, co dzieje się NAPRAWDĘ.

Dwa przykłady. Jakieś dwa, może trzy miesiące temu znalazłem na FB wiadomość o skandalicznym przemówieniu Antoniego Macierewicza, wówczas jeszcze ministra obrony narodowej. Linkowała ją osoba, którą znam i cenię; więc i ja z kolei podlinkowałem ten link. Po czyimś komentarzu pod moim postem tknęło mnie i postanowiłem prześledzić dzieje informacji; w ten sposób dotarłem do wpisu na pewnym zacnym skądinąd portalu informacyjnym, który jednak powoływał się na wywiad z osobą, która z całą pewnością nie mogła być świadkiem owego przemówienia. Koniec końców okazało się, że w wywiadzie nie było cytatu, tylko pewien wyciąg z tego, co minister w ogóle niekiedy mówi; po drodze przyplątała się (fałszywa) lokalizacja, gdzie i kiedy miały te jego – uogólnione, jak już wiedziałem – słowa paść. W te pędy wykasowałem swój facebookowy link, ale biorę pod uwagę, że gdzieś w internecie ktoś mógł już dalej rozpowszechnić tę fałszywkę, z wyjaśnieniem, że to Sosnowski podał, czyli że wiadomość jest pewna.

Ale nie tylko nam się to zdarza. Znów zaglądam na FB i widzę, że Paweł Milcarek linkuje tekst Tomasza Terlikowskiego, pełen oburzenia, że papież Franciszek nadał order świętego Grzegorza znanej holenderskiej „aborcjonistce”. Rozmaite rzeczy można przypisywać papieżowi, ale jego ocena aborcji nie różni się przecież od nauczania Kościoła rzymsko-katolickiego; więc o ile nie zdziwiło mnie, że Terlikowski rozważa z nadzieją, kiedy Bergoglio poda się wreszcie do dymisji, o tyle odznaczanie działaczki „pro-choice” przez Watykan wydało mi się mocno podejrzane. Znów staram się dotrzeć do źródła, tym razem mniej skutecznie, bo dochodzenie wyprowadza mnie szybko w stronę stron internetowych tak bardzo obcojęzycznych, że lingwistycznie mi niedostępnych. Ale po drodze natykam się na dyskusję na ten temat, gdzie mądrzejsi ode mnie twierdzą, że o orderze poinformowała sama udekorowana („bzzzzzz!” – odzywa się sygnał alarmowy) oraz bliżej niezidentyfikowany portal duński („bzzzz!”). Nie powtórzyły tej informacji duże agencje informacyjne, a przecież byłaby to sensacja („bzzzz!” po raz trzeci).

Problem polega na tym, że zarówno sama wiadomość, jak i hipotetyczne dementi są obdarzone ogromnym ryzykiem błędu. Więc ostatecznie – nie wiem, jak było. I bardzo się obawiam popadnięcia w poznawczy pat, ale wygląda na to, że właściwie wszystkie lub prawie wszystkie informacje, które do nas dochodzą, mają dziś charakter z grubsza tylko zweryfikowanych plotek. Pewni możemy być tylko tego, cośmy zobaczyli na własne oczy i usłyszeli na własne uszy. W tym sensie zaczynam być nieomal wdzięczny pani Barbarze Stanisławczyk, panu Jackowi Sobali, czy panu Tomaszowi Sakiewiczowi, bo niektóre ich działania rozegrały się bezpośrednio w mojej obecności (a nawet mnie dotyczyły) i dzięki temu mogę mieć określone zdanie na ich temat, a przy okazji na temat formacji, która ich wspiera. Są też na szczęście bezpośrednie transmisje z rozmaitych wydarzeń (uroczystości państwowe, obrady Sejmu i tak dalej), więc wiem również, co kto mówi. Ale co do reszty, to nad naszym życiem społecznym, zarówno w skali lokalnej, jak globalnej, unosi się mgła, w której widać co najwyżej niewyraźne zarysy. Taki jest realny odpowiednik eleganckiego sformułowania „epoka fake-newsów”.

Najnowsze exemplum: co się właściwie wydarzyło w Centrum Handlowym „Zakopianka” w Krakowie? Ochroniarze naprawdę wyrzucili tych wolontariuszy WOŚP na mróz, czy nie? A jeśli tak, to właściwie dlaczego? I tak dalej.

(zdjęcie ze strony: przestrzenotwarta.pl; podobno przedstawia Rzeszów…)

Udostępnij


O mnie



  • Z chęcią bym ten „Dziennik” przeczytał – mimo, że go jeszcze nie ma przecież… 😉

    Pozdrawiam serdecznie,
    Tomasz Doliński

  • Sytuacje opisała pewna przejęta kobieta, która postanowiła osobiście zareagować. Link jest wprawdzie do profilu osoby, która upowszechniła wpis, ale autorka potwierdza w komentarzach, ze zdarzenie miało miejsce. https://www.facebook.com/manula.kalicka/posts/10155911858021878

  • Podany tu przykład informacji i zachowaniu ochroniarzy w CH Zakopianka w Krakowie powtórzyłem za zaprzyjaźnionym profilem fb na swoim profilu. Przyznaję, że bezkrytycznie, tzn. wychodząc z założenia, że małe jest prawdopodobieństwo, by informacja była fałszywa (spreparowana przez konkurencję?), a waga informacji na tyle znacząca, że warto puścić ją dalej w tłum. Teraz zostałem zawstydzony – myślałem, by ją usunąć z mojego profilu. Ale też zastanowiłem się: czy powinniśmy sprawdzać wszystko, co powtarzamy? Jak niesłychanie ograniczyłoby to komunikację! A ważne wieści, których nie da się sprawdzić, a powinny dotrzeć do wiadomości publicznej (czy choćby znajomych z fb)? Może więc korzystać, jak dotąd, z ułomnego może, ale w miarę sprawdzonego sposobu weryfikacji, jakim jest zdroworozsądkowa ocena prawdopodobieństwa danej informacji? Oczywiście, z należytą ostrożnością…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Premium WordPress Themes