Krajanów, późne lata 90.

Pół roku temu zawiesiłem prowadzenie tej strony. Dziś wracam, trochę w innej roli, ale jednak.

Z moją stroną internetową było tak: w 2004 roku byłem przekonany, że zakładam witrynę dla moich powieści. Ale, choć publikowałem wtedy sporo, średnio jedną książkę rocznie, zdawałem sobie sprawę, że jeśli pod adresem internetowym coś nowego pojawia się raz do roku, to tak, jakby ten adres nie istniał. Więc dołożyłem blog, żeby coś się działo. No i dość szybko ogon zaczął machać psem.

Dziś, prawie 20 lat po debiucie powieściowym, uważałbym tę ścieżkę życiową za chwilowo lub trwale zamkniętą, gdyby nie to, że właśnie zyskałem grono serdecznych czytelników w… Rosji. Sprawiła to prof. Jelena Kozmina, literaturoznawczyni z Jekaterinburga, mająca do moich dwóch książek, przełożonych na rosyjski (i trzeciej, którą przeczytała już po polsku) tak entuzjastyczny stosunek, że – daj, Panie Boże, mieć  takich odbiorców w kraju. Przy całym lęku przed Putinem ciągnie mnie do duchowości wschodniej, zirytowany na katolicyzm w Polsce myślę nieraz z czułością o prawosławiu (ci, którzy znają prawosławie od środka, mają odwrotnie…), więc może nie ma co się znowu tak dziwić.

Niemniej w życiu zawodowym lubiłem i lubię robić trzy rzeczy (kolejność nieznacząca): pisać, prowadzić audycje radiowe i uczyć. Szczęściarz – gdyż w chwili, kiedy z pierwszymi dwiema chwilowo (?) wyhamowałem, pozostała trzecia. Wróciłem do prywatnego liceum, które 17 lat temu zdradziłem dla radia, i wygląda na to, że ta przerwa zmieniła nie tak wiele lub nic. Jest to fascynujące zajęcie. I w tych właśnie okolicznościach zgłaszam się tutaj znowu. Może zechcą Państwo wrócić do tego bloga (blogu), kto wie.

Ten wpis zmierza do swojego głównego tematu (nie za szybko), ale muszę jeszcze – w ramach rekapitulacji – opowiedzieć o czymś niewesołym. Te minione pół roku to był dla mnie okres strat. Tylu ważnych dla mnie ludzi odeszło na zawsze, że nie wyliczę wszystkich. Ale o kilku wypada mi wspomnieć. O Uli, uroczej absolwentce naszego liceum, nauczycielce, która zginęła tragicznie w lipcu. O mojej Mamie, którą w końcu sierpnia zabrała z tego świata drobna, zdawałoby się, kontuzja kolana: Mama rozsypała się w szpitalu w ciągu dziesięciu dni. O moich dwóch wspaniałych nauczycielach z okresu studiów: o prof. Tadeuszu Komendancie, którego wielbiłem tak bardzo, że aż musiałem się w pewnej chwili zbuntować, by nie zostać jego słabą kopią, i o prof. Andrzeju Z. Makowieckim, moim opiekunie w ramach indywidualnego toku studiów, promotorze mojej pracy magisterskiej i szefie w Zakładzie Pozytywizmu i Młodej Polski, świetnym wykładowcy i jednym z najsympatyczniejszych ludzi, jakich znałem. O Michale Morawskim, wielokrotnym gościu mojej audycji „Trójkowy Wehikuł Czasu”, który był dla mnie przewodnikiem po latach 60. i środowisku ówczesnych studentów, warszawskich bigbitowców. Był on postacią tak niezwykłą, że chciałem napisać książkę, która by krążyła wokół jego zadziwiających doświadczeń z młodości. Nie znalazłem wydawcy. A teraz przepadło.

Postawię gwiazdkę, bo zrobiło się Ponuro, a przecież dzisiaj jest radosny dzień.

*

Obawiam się, że najlepsza rzecz, jaką w życiu napisałem, jest niepublikowalna: to mój dziennik intymny z lat 1994-1995, który pisałem gorączkowo w ramach autoterapii po rozpadzie mojego pierwszego małżeństwa. Nosi tytuł „Podróżnik” i liczy sobie 900 stron znormalizowanego maszynopisu. Starałem się go pisać bez autocenzury. Zgoda: autocenzura jest odruchem zbyt głęboko w nas osadzonym, żeby ją wyłączyć całkowicie. Ale kiedy dziś do niego zajrzałem, stwierdziłem, że trochę jednak się udało: okoliczności były specjalne (depresja reaktywna, jak teraz myślę) i w rezultacie bohater „Podróżnika” jest chwilami żałośnie szczery i nieraz okropnie śmieszny. Zwłaszcza rżałem jak koń, odkrywając kolejne afery amoryczne, w które był popadał, powtarzając co chwila, że żadna go nie chce. Niestety życie społeczne podobnej szczerości nie wybacza, więc muszą mi Państwo uwierzyć na słowo.

A sięgnąłem po ten tekst, bo dzisiaj Olga Tokarczuk odbiera nagrodę Nobla, a ja pamiętałem, że zapisałem tam okoliczności naszego poznania i myślałem, że ten fragment da się tutaj wkleić. Ale nic z tych rzeczy; pogrążony w czarnej melancholii zostałem wysłany na zjazd młodych pisarzy Europy Wschodniej do Pécs (zaprotegował mnie tam, zdaje się, Krzysztof Czyżewski), w samolocie poznałem autorkę „Podróży ludzi księgi” i zrobiła na mnie takie wrażenie, że obszerny passus o niej zaczyna się od słów: „Mój dobry anioł okazał się rudą dziewczyną o krótko przycięty włosach i czaszce nieco za dużej do filigranowego ciała, imieniem Olga” (przyznaję, że stylistyka tego zdania może po przechwałkach z poprzedniego akapitu nieco peszyć, ale histeria miesza się tam na szczęście z humorystyczną trzeźwością). Potem jest może nawet mocniej, bo rzeczywiście rozmowy z nią, buddyjsko-jungowska mieszanka, którą mnie częstowała podczas tej kilkudniowej podróży na Węgry, postawiły mnie na nogi. Parę „dołów” jeszcze później zaliczyłem, ale początek rekonwalescencji został zrobiony. I zaczęła się intensywna znajomość, głównie, choć nie wyłącznie, listowna (ciekawe, że kiedy przestawiliśmy się na maile, intensywność spadła).

Więc dziś ten Nobel dla niej zamierzam uczcić szampanem. Uczciwie mówiąc: towarzyszy mi może lekki smuteczek, że w tym młynie, w którym Olga od dwóch miesięcy tkwi, starzy znajomi znaleźli się trochę na obrzeżach. Ale że młyn gigantyczny i sytuacja, co się zowie, nadzwyczajna, więc i smuteczek nieduży. Olgo, dokładam do licznych gratulacji i uścisków także moje. Zasłużona korona dla dobrego anioła – czego więcej chcieć?

Udostępnij


O mnie



  • Nobel Noblem, chwała Autorce ale najważniejsze, że znowu Pan tu jest!

  • https://kultura.onet.pl/ksiazki/literacka-nagroda-nobla-dla-olgi-tokarczuk-radek-wisniewski-komentarz/2wkvptf – dla mnie na zawsze to będzie wspomnienie trzybiegowej Nyski z brzeskiego domu kultury, prawie pusta sala noworudzkiego NOK-u, wielka a na niej nas ze dwadzieścia osób i ten komis z matmy w tle. Mam chyba jeszcze nagranie jakie wtedy dla radia wrocław poczynił Robert Gawłowski, sprawdzę dzisiaj, wypijemy Tequilę z Tabasco. Ale wieczorem. W godzinie wręczenia będę stał na peronie dworca Nadodrze Wrocław i będę powtarzał pod nosem: „A to ci dopiero, a to ci dopiero…”

  • Jakoś czułem, że Pan wróci. Zaglądałem regularnie z nadzieją, ale wczoraj byłem pewien, że Pana tu znajdę. Podwójna radość Nobel Pani Olgi i Pana powrót na blogu. Takie moje Święto elit 🙂

  • Szanowny Panie Jerzy, dobrze, że Pan wraca…

  • Uff …… Wrócił Pan ……
    Ja się bardzo cieszę !

  • Wiedziałem, że warto zaglądać, chociażby z cichą nadzieją. Panie Jerzy, proszę pisać, bo Pana wrażenia z nauczania licealistów mogą wiele powiedzieć o tym, co nas czeka w niedalekiej przyszłości (z poprawką na fakt, iż liceum prywatne, ale jednak).

    Gratuluję też serdecznie „drugiego życia” literackiego na wschodzie – chociaż przyznam, że z tym sentymentem do prawosławia mnie nieco zatkało, znając ichni sojusz ołtarza z (niejedną) tronem, bodaj silniejszy nawet niż u „nas”.

    Ciepłe pozdrowienia,
    /CatLady

  • Czekałem, czekałem i doczekałem się. Po Pańskim zamilknięciu pozostały mi tylko dwa miejsca w sieci do regularnego czytania. Bardzo dziękuję za powrót.

  • Po kopiejkę to i car się schyli, a po rubla to nawet przyklęknie…
    PS Tylko patrzeć jak zamieszkujacy w komunałkach entuzjaści twórczości Gospodarza, oprawione w skórę jego powieści, gromadzić będą w postaci dzieł wszystkich zebranych – tak z przyzwyczajenia, rzecz jasna.

  • A to piękny prezent na Święta sprawia Pan swoim czytelnikom! Ja też wiele razy zaglądałam do tego zakamarka Internetu, licząc, że „tymczasem” znaczy „na razie”. I nie myliłam się. Proszę dalej dzielić się z nami swoimi refleksjami – dla mnie są inspirujące od czasów Domu Kultury na Starym Mieście.
    Z czytelniczym pozdrowieniem,
    Magda

  • Kilka dni temu odkryłem, że w Audiotece dostępny jest (i rozwija się) Pana cykl „Pociąg do przeszłości”. Dzisiaj trafiłem na ten wpis. Fantastyczne wiadomości tej zimy! Mam nadzieję, że ‚odzyskaliśmy’ Pana na stałe.

  • @ Adam O.
    W Audiotece można odsłuchać dwudziestu jeden audycji, które tam nagrałem w pierwszej połowie mijającego roku. Więcej nie będzie – chyba że nagle ich słuchalność skoczy do poziomu, który skłoni Audiotekę do podjęcia cyklu. Co oczywiście byłoby miłe, choć mało prawdopodobne 😉 Za miłe słowa podziękowania!

  • Wszedłem tu przypadkiem wspominając Pana audycje w Trójce, za którymi tęsknię, bo były prawdziwie dla słuchaczy, nie zaś smutnymi monologami jak obecne Kluby Trójki. Cieszę się, że Pan znowu pisze i podobnie jak któryś z poprzedników chętnie przeczytanym o Pana wrażeniach z powrotu szkoły. Pozdrawiam serdecznie.

  • Cieszę się niezmiernie, że Pan wrócił! 🙂
    PS. A powieści Olgi Tokarczuk uwielbiam od czasu studiów (czyli ponad 10 lat) i na wieść o Noblu – która przyłapała mnie na przystanku autobusowym podczas codziennego przeglądania newsów internetowych zaraz po wyjściu z pracy – uśmiech nie schodził mi z ust przez dobrą godzinę.

  • Ogromna radość, że wrócił Pan do blogowania. A oprócz tych egoistycznych wyrazów zadowolenia czytelniczego – proszę również zachcieć przyjąć życzenia siły i pogody ducha w trudnym okresie.

  • Niezmiernie miło mi że wrócił Pan do blogowania, dziękuję! Pogody ducha!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Premium WordPress Themes